Plastynacja, Bols i wioski Mursi 2009-03-03 16:51:31

21 lutego siostra moja robiła u nas urodziny. Jako prezent dostała bilet na wystawę trupów w BC.

Piękność z plemienia MursiPiękność z plemienia Mursi
Prezent osobliwy, ale jako, że siostra ma studiuje fizjoterapię, zadowolona była bardzo. Na dodatek daliśmy obszerny wywiad dla jednego radia, więc pogwiazdować trochę też mogliśmy :P

Imprezowy czas za nami – nasza rocznica, rocznica Czarków, imieniny Czarka, urodziny Beaty, Walentynki a zaraz Dzień Kobiet…  Jakiś odwyk by się przydał, bo ostatnio to już nawet sam w domu 0,7 Bolsa obaliłem ( no, może pomniejszone o małego drinka dla Bąbla…. Kurde, tak sobie myślę, że my i tak mało imprezujemy i czasem mam wrażenie, że w tym domu gnuśniejemy, ale jakby tak zliczyć, to jeszcze tak źle nie jest.

Co do wyjazdu, to jednak już przesądzony – zabiegi SPA w krystalicznie czystej wodzie Gangesu nas nie ominą :P Udało nam się naszą rodzicielkę przekonać, że Indie są na pewno bezpieczniejsze niż Ameryka Pd.  (mimo, że tam też się wybieramy :D) i zgodę dostaliśmy.  Tak więc Indie we wrześniu, a następny etap – chyba w przyszłym roku, bo w tym to już ciężko będzie – Etiopia. Cel: wioski Mursi.


Piękność z plemienia Mursi

Poza wszystkim, żeby za lekko nie było, będę musiał się chyba do jakiegoś lekarza wybrać – od kilku dni codziennie mam jakieś krwotoki z gardła i chyba nie jest to spowodowane wielkością Rogu Obfitości mojego Pana Męża…

Marko

skomentuj (9)

Chuj bombki strzelił 2009-02-11 19:34:02

Chuj bombki strzelił, choinki nie będzie… Mama moja powiedziała, że paszporty nam zabierze, a do Indii nie puści. Z powodu porwania kilkuset białych w tym pięknym kraju, my też mamy sobie wybrać inny cel podróży L Zajebiście tak zmieniać plany na ostatnią chwilę….

W związku z powyższym, na tapecie są 2 kierunki – czarna Afryka lub Ameryka Pd.  W związku z tym, że będzie trochę więcej czasu niż miesiąc, w grę wchodzą następujące trasy:

 

- Uganda, Rwanda, Tanzania

- Kongo,  Gabon, Gwinea Równikowa

- Gwinea, Sierra Leone, Liberia

- Honduras, Nikaragua, Panama

- Kolumbia, Ekwador,  Peru

 

Proszę o pomoc w wyborze, ewentualnie inne propozycje, gdzie egzotycznie, ciepło i tanio można spędzić kilka tygodni października – listopada J

 

Niektórzy się śmieją, że mówię „na ostatnią chwilę”, jednak przygotowanie się do podróży na drugi koniec świata wymaga trochę dłuższych przygotowań niż dwa tygodnie. Pomijam już kwestie szczepień czy zakupu leków (samo malarone można szukać w nieskończoność, a bez tego leku antymalarycznego nie ma co wybierać się do Afryki), ale opracowanie trasy, nauczenia się chociaż kilku słów w danym języku, zapoznanie się z kulturą czy zwyczajami, przeczytanie jakieś książki tematycznej, prześledzić kilka for polskich i zagranicznych pisanych przez backpackersów…, wizy, znalezienie tanich biletów, ech, szkoda gadać…

Marko

skomentuj (4)

pierwsze dwa miesiące reszty naszego życia 2009-01-28 15:30:28

Jako, że na tej nowej drodze życia jesteśmy już prawie 2 miesiące, napisuję, co następuje:

Początek zamieszkiwania pod własną strzechą nie był za ciekawy – 4 dni bez kibla, tydzień bez wanny. Ale nic to, jako, że Tesco niedaleko, do kibelka można było zawsze skoczyć. Gorzej z wanną, ale dla lubiących swojskie klimaty może to być nawet atrakcją :P
Na dzień przed Wigilią obszczymurki od parkietu skończyli układać podłogi. Obszczymurki, bo chcieli okantować nas dwa razy – raz na ponad 2000 polskich złociszy a, że im nie wyszło, próbowali jeszcze drugi raz, na cztery stówki. 2:0 dla nas, myśleli, że ja matematyki nie lubiłem, czy co...??? J.

Wigilia, jak wigilia. Pojadłszy, popiwszy (oczywiście bezalkoholowo, winka nie liczę) dochodziliśmy do siebie po obżarstwie. I zaczęło się, przygotowania do parapetówkowo-sylwestrowej dewastacji dziewiczego mieszkanka. Nie do końca wiem jak to się stało, ale Nowy Rok witało z nami ok. 20 osób. Ofiar w ludziach nie było, ściany stoją dalej, ale wkurwiłem się nieco, jak rano zobaczyłem porysowaną całą podłogę w salonie… Niestety, mimo, ze bambus jest super twardy, deptania po tłuczonym szkle nie zniósł. Na całe szczęście zakupiliśmy taki preparat, dzięki któremu podłoga wygląda jak nowa, bez lakierowania, cyklinowania i innych upierdliwych bzdur.
Bąbel w Sylwestra narąbał się jak…. Nie wiem jak, w każdym bądź razie parę minut przed północą zaczął ryczeć, bo złapał doła, później na bosaka, w krótkim rękawku zaczął biegać po osiedlu, a ja za nim, żeby, chociaż kapcie założył…

Z postanowień noworocznych gówno wyszło… Już straciłem wenę do odchudzania, na siłownię nas nie stać (ponad 6000 pln rocznie za łebka), do mojego pierwszego miliona daleko, Mały pracy dalej nie ma a ja mam w dupie wielkiego lenia.
 Co pocieszające, to mam nadzieję, że w tym tygodniu skończą u nas remont. Zostanie jeszcze trochę bzdetów (szyby nad blatami w kuchni, lustra w łazience, blaty kuchenne granitowe i jakieś pomniejsze gadżety) 

Marko

skomentuj (8)

Przeprowadzka cd, betonowe podłogi i ksiądz. 2008-12-10 08:26:28

Oj, za kilka godzin wchodzimy „Na Nową Drogę Życia” a nawet wanna nie jest zamontowana L No cóż mam nadzieję, że dzisiaj uda się chłopakom ją podłączyć… Wczoraj prawie nic nie zrobili, bo cały czas wywalało korki ( a do tej pory wszyscy jadą na prądzie budowlanym), więc lipa L

A niech to, jeszcze tydzień by nam się przydał. Wczoraj dzwonił facet od podłóg, przesunął montaż na 20-23 grudnia, więc dzień przed Wigilią będziemy dopiero mieli parkiet.

Myślałem, że uda mi się wrzucić jakieś fotki naszej kuchni, ale niestety, jest tak zawalona gratami, że chyba zrobię jej sesję dopiero, jak trochę uporządkujemy. A tym czasem materac na podłogę (betonową oczywiście) i do trójkąta z Morfeuszem…

Jak będę miał więcej czasu, napiszę coś o tym, jak nawiązałem kontakt z pewnym księdzem KK i o naszych polemikach (jego blog: http://ksluco.blog.onet.pl/)

Marko

skomentuj (5)

przeprowadzka 2008-12-08 18:31:11

Sypię głowę popiołem i błagam o wybaczenie… Tak długiej przerwy jeszcze w pisaniu nie miałem. Na swoje usprawiedliwienie, podam tylko, że większość czasu spędzamy w nowym mieszkaniu, remont się wlecze, dopiero jesteśmy w połowie… No cóż, kuchnię mamy już prawie skończoną (postaram się wrzucić jakieś fotki) jest śliczna, taka pachnąca nowością i moja wymarzona… Niestety, czekamy jeszcze na blaty, a że te jadą z Ekwadoru, to niestety jeszcze trochę poczekamy…

Deski na podłogę przypłynęły z dalekiej Azji (bambus prasowany, karbonizowany) i 18-19-20 grudnia będzie montaż.

Zasłony i firanki uszyte, karnisze zamontowane, łazienka w połowie jest zrobiona… dzisiaj zawozimy resztę klamotów a w środę się wprowadzamy.

Parapetówka będzie za jednym zamachem połączona z Sylwestrem, zapowiada się hucznie. Mam nadzieję, że nikt nowych ścian nie zarzyga ;)

Jeszcze co do remontu, przez co przeszliśmy:

Wyszło, że ściany są nierówne, więc trzeba było zarzucić je gładzią gipsową i wyrównać – nie życzę tej roboty najgorszemu wrogowi…

Fronty do szafek w kuchni miały być w poziomie, zrobili w pionie, więc dwa tygodnie czekaliśmy na wymianę…

Prąd miał być podłączony miesiąc temu, do tej pory jedziemy na budowlanym…

Rury doprowadzające do kibla były zatynkowane i nie w tym miejscu, co trzeba – musiała zostać przerobiona hydraulika…

Mnóstwo drobnych niedociągnięć lub drobiazgów, o których wcześniej się nie pomyślało…

Ogólnie mówiąc, wykończenie mieszkania nie jest taką łatwą sprawą, jak mi się wydawało, na pocieszenie dodam, że piekarnik, który zamówiliśmy nie dotarł, ale przysłali lepszy, ładniejszy, nowocześniejszy i droższy o prawie 1000 złociszy (nie wiem czy się pomylili, czy co, ale zapłaciliśmy jak za ten tańszy co zamawialiśmy… Podobnie z wanną – miała być zwykła, z hydromasażem wodno-powietrznym, sterowana pneumatycznie, przywieźli ciut inną, model lepszą, która jest sterowana elektronicznie, ma też dodatkowo system ozonowania wody (i jest ponad 1000 zł droższa, ale dopłacać nie musieliśmy J)

Udało się też nam przypadkiem trafić na promocję naszej umywalki, i zamiast zapłacić 1200 zł, zapłaciliśmy niecałe 800 J

 

Na całe szczęście, mamy genialną ekipę remontową, dzięki czemu ¾ myślenia odpada – chłopaki znają się na rzeczy, mają świetne pomysły i są bardzo, ale to bardzo dokładni J z tego co się doczytałem na forach internetowych, z tymi ekipami to nie taka łatwa sprawa, ale my narzekać nie musimy.

 

Tak więc w starym mieszkaniu dzisiaj będzie przedostatnia nasza noc, a od środy wstępujemy na nową drogę życia J . Dziś developer dostał zgodę na zasiedlenie osiedla, za dwa tygodnie postanowienie się uprawomocni i legalnie będzie można zacząć mieszkać J

 

Marko

 

skomentuj (4)

Znowu obrazony prezydĘt???? 2008-10-30 01:10:05

W związku z tym, że miłościwie nam panujący Prezydent vel PrezydĘt znowu się obraził, tym razem z powodu, że nie zaprosili go na uroczystości powrotu żołnierzy z Iraku, postanowiłem zaprosić go na naszą parapetówkę. Ciekawe czy odpowie :)

Warszawa, 30.10.2008

Marek XXXXXXXX

Ul. XXXXXXX m. X

XX-XXX Warszawa

   

Szanowny Pan Prezydent RP

Lech Kaczyński

 Z A P R O S Z E N I E 
  
Szanowny Panie Prezydencie,
 

W związku z tym, że zakupiłem ze swoim partnerem mieszkanie (niestety, nie z puli tych 3 milionów obiecanych przez PIS), chciałbym zaprosić Pana, wraz z małżonką, na jego otwarcie – tzw. parapetówkę.

Chęć zaproszenia Pana Prezydenta wynika z troski o Pańskie samopoczucie. Nigdzie ostatnio Pana nie zapraszają (np.  ceremonia powrotu wojsk z Iraku czy szczyt UE), dlatego nie chciałbym, aby poczuł się Pan znowu obrażony, a ja z kolei nie chcę być oskarżony o brak szacunku wobec Głowy Państwa, jak pan często podkreśla – Pierwszej Osoby w Polsce. Nie chciałbym też wydłużyć Pańskiej krótkiej listy do wykończenia.  

Mając na uwadze powyższe, będzie mi niezwykle   miło gościć Pana Prezydenta w swoich skromnych progach. Rozumiem też Pańskie problemy z powodu ograniczenia budżetu przez rząd PO, dlatego proszę się nie kłopotać z prezentem.

Proszę się również nie martwić o alkohol – będzie pod dostatkiem.  

Impreza odbędzie się 23 listopada o godzinie 18:00, w miejscu wskazanym w nagłówku.

  

Z poważaniem,

 

Marek XXXXXXXXX

  

P.S. Proszę o potwierdzenie przybycia do dnia 16 listopada

  

skomentuj (6)

najpiękniejsza historia miłosna 2008-10-26 15:19:18

Znalazłem w necie tekst o najpiękniejszej historii miłosnej z jaką się spotkałem. Piękna, bo napisało ją życie. Piękna, bo przetrwała całe 60 lat. Polecam, przeczytajcie proszę do końca...

Mariusz Urbanek

Miecio od Waldorffa

Jesienią 1939 r. Jerzy Waldorff wyruszył z okupowanej Warszawy do Wilna, żeby odnaleźć Mieczysława Jankowskiego, z którym później był do śmierci. O jednej z tajemnic życia wybitnego krytyka muzycznego, wieloletniego współpracownika „Polityki”, pisze w swej nowej książce Mariusz Urbanek. Przedstawiamy fragment.

Jerzy Waldorff zmarł w grudniu 1999 r. 40 lat wcześniej, 30 kwietnia 1959 r., w obecności dwóch notariuszy sporządził testament. Swoim spadkobiercą ustanowił Mieczysława Jankowskiego, syna Jana i Marii.

5 listopada 1989 r. uzupełnił testament o odręczny kodycyl: „Mieczysław Jankowski, nasz daleki powinowaty, na przełomie lat 1939/1940 uciekł z Wilna przed łapankami sowieckimi i został przyjęty w Warszawie przez moją Matkę za drugiego syna, a przeze mnie jako brat z wyboru. Odtąd idziemy razem przez życie, mieszkając, gospodarując wspólnie ponad pół wieku” – pisał.

W ostatnim w życiu wywiadzie, którego udzielił Bohdanowi Gadomskiemu, na pytanie, kim jest mężczyzna, z którym mieszka, powiedział, że to cioteczny brat. Przyjechał do Polski w 1939 r., uciekając przed wywiezieniem na Sybir. „Tak jak stał, przyszedł do naszego domu i został uznany przez moją matkę za drugiego syna. Matka umarła, a my obaj dalej toczymy ten bardzo głęboko kawalerski żywot” – mówił.

Taka była wersja dla opinii publicznej. „Mieszka z młodszym bratem (ciotecznym), emerytem Teatru Wielkiego w Warszawie” – informował w 1990 r. dziennikarz „Wprost”. Telefony odbiera „pan Mieczysław, daleki kuzyn Jerzego Waldorffa z Wilna” – pisała dziennikarka „Twojego Stylu”.

Prawda była inna. Mieczysław Jankowski nie był ani ciotecznym bratem Waldorffa, ani dalekim kuzynem. Był jego partnerem, kochankiem i opiekunem, bez którego pod koniec życia, kiedy poruszał się już wyłącznie o kulach, nie poradziłby sobie.

Mieliśmy przychodne służące, ale okradały nas, pisał Waldorff w kodycylu do testamentu. Wtedy Mieczysław wziął na siebie trud prowadzenia domu. Gotował, sprzątał i prał. Nie zmuszały go do tego trudne warunki. Jako tancerz Teatru Wielkiego, a później inspektor baletu i pedagog w Warszawskiej Szkole Baletowej zarabiał wystarczająco dużo, żeby się utrzymać. „...za samodzielne prowadzenie domu (...) nigdy nie pobierał żadnej pensji, czym zyskał we mnie dłużnika, na jaką sumę?...” – pisał Waldorff w testamencie.

Uzupełniał testament, dobrze wiedząc, że polski system prawny nie zna pojęcia związków partnerskich. Osoby homoseksualne, mimo przeżytych razem lat, nie miały żadnych wynikających z tego uprawnień. Bał się, że kiedy go zabraknie, Mieczysław Jankowski zostanie pozbawiony wszystkiego.

W związku z panującą w Polsce inflacją nie można ustalić wartości pracy Mieczysława Jankowskiego, pisał dalej. Poprosił o pomoc ambasadę USA („Wobec faktu, że również w Polsce walutą porównawczą stał się dolar” – napisał). Poinformowano go, że wykwalifikowana pomoc domowa w Stanach otrzymuje za godzinę pracy do 20 dol. „W tej sytuacji zapisu mojego w akcie notarialnym nie można traktować jako spadku na rzecz Mieczysława Jankowskiego, lecz jako częściową tylko spłatę długu, z tytułu jego należności za pracę w moim domu przez tak długi czas. Na co zwracam uwagę władz podatkowych!” – podsumował wyliczenia.

W testamencie było jeszcze post scriptum. Waldorff prosił wykonawców testamentu, by wyjednali u władz Kurii Warszawskiej zgodę na pochowanie go na Powązkach. „Niechaj też wraz ze mną spocznie Mieczysław Jankowski” – napisał.

Witam drugiego syna w domu

Poznali się w 1938 r. w Warszawie. Jankowski przyjechał do stolicy odwiedzić kuzynkę. U wspólnej znajomej spotkał Waldorffa. – Po pierwszym spotkaniu wyjechałem do Wilna bez żadnego wrażenia – opowiadał krótko po śmierci Waldorffa Jarosławowi Kurskiemu. – A potem znów przyjechałem i zaczęły się wrażenia.

Pojechali razem do Krynicy Górskiej. Była z nimi jeszcze Krystyna Nowosielska, znajoma obydwu. Matka Waldorffa miała nadzieję, że syn ożeni się właśnie z Krysią. Na części fotografii z Krynicy Waldorff jest raz z piękną smukłą dziewczyną, na innych z młodzieńcem o kręconych blond włosach. Na niektórych są we troje. Można wyobrażać sobie napięcie narastające w trójkącie, w którym każdy z osobna dobrze wie, o jaką stawkę toczy się gra. W końcu postanowił powiedzieć matce prawdę.

– W pierwszej chwili była zrozpaczona, że Jerzy nie żeni się z Krysią. Ale gdy wyznał, co i jak, mama powiedziała: Jest, jak jest – opowiadał Kurskiemu Mieczysław Jankowski. Zgodziła się, żeby syn przyprowadził przyjaciela do wspólnego domu. Był 1 maja 1939 r. Gdy Jankowski wszedł do przedpokoju warszawskiego mieszkania przy ul. Piusa, czekała.

– Już w progu przełamała lody: Witam drugiego syna w domu. To była takiej klasy kobieta – opowiadał Mieczysław Jankowski. – Ona mnie rzeczywiście traktowała jak drugiego syna, zawsze z największą czułością. Reszta rodziny dowiedziała się o wszystkim podczas uroczystego obiadu, na który zaprosiła krewnych matka Waldorffa.

Mówił mi o tym sam Waldorff – wspomina Zofia Kucówna. – Po dwóch stronach stołu dwie rodziny: Preyssowie i Szustrowie. I jego matka, wspaniała pani, oficjalnie przedstawia Mietka, nie ukrywając, co łączy go z jej synem. To był rodzaj konfirmacji.

Jerzy Kisielewski: – Nie wszyscy to od razu zaakceptowali. Mietek opowiadał mi o gehennie, jaką przeżył po przyjeździe do Warszawy. Większość rodziny Waldorffa albo nie zauważała go w ogóle, albo demonstracyjnie nie podawała mu ręki. Cierpiał, ale znosił to, bo Waldorffa kochał. Oprócz matki jeszcze tylko pani Kurmanowa, twórczyni szkoły dla panien, miała na tyle otwarty umysł, że Mietka zaakceptowała od razu.

Przysięgał, że nie zrobi bratu krzywdy.

Rodzice Jankowskiego od dawna domyślali się, że jedyny syn nie przyprowadzi do domu żony. Miał kilkanaście lat, gdy zaczął uciekać na lekcje baletu do szkoły tańca pani Muraszowej.

Jerzy Kisielewski: – W Wilnie kochał się w Mietku pewien tancerz. Po prostu oszalał na punkcie pięknego chłopca. Po wojnie też znalazł się w Warszawie i długo nie mógł pogodzić się z tym, że Mietek wybrał innego. Był zazdrosny, nienawidził Waldorffa, prześladował go, pisał donosy. A kiedy umarł, Waldorff wyrwał z gazety stronę z jego nekrologiem. Nie chciał, żeby Mietek ją zobaczył.

Ojciec Jankowskiego, sędzia sądu grodzkiego w Wilnie, pierwszy zorientował się, co dzieje się z synem. Powiedział kiedyś nawet, że ma czwartą córkę. Choć musiało być dla niego szokiem, kiedy po syna przyjechał znany już redaktor z Warszawy.

Jerzy Kisielewski: – Jedna z sióstr Mietka, najstarsza i najbardziej zaniepokojona, zaciągnęła Waldorffa do Ostrej Bramy i kazała przysiąc, że nie zrobi bratu krzywdy. Po wojnie rodzice Jankowskiego zamieszkali w Olsztynku. Jankowski i Waldorff jeździli do nich w odwiedziny.

– Byli szczęśliwi, uwielbiali go, Jerzy podbił ich serca – opowiadał po latach Mieczysław Jankowski Kisielewskiemu.

Późnym latem 1939 r. Jankowski pojechał do Wilna. Ale wrócić już nie mógł, wybuchła wojna. Rosjanie i Niemcy podzielili Polskę między siebie. Wilno i Warszawę odgrodziły dwa graniczne kordony. W październiku Waldorff wyruszył po Mietka. Wracali tą samą drogą. Na Boże Narodzenie byli znowu w Warszawie.

Ugotować, dobrać krawat

Podczas okupacji nie rozstawali się. Waldorff organizował pod szyldem Rady Głównej Opiekuńczej koncerty muzyczne, Jankowski chodził do nielegalnej Średniej Szkoły Baletowej (Niemcy dali zgodę tylko na podstawową) na rogu Mokotowskiej i Wilczej. Uczył się u legendarnego tancerza Leona Wójcikowskiego. Jesienią 1943 r. absolwenci szkoły składali publiczny egzamin.

Na egzaminy końcowe Waldorff przyszedł z bukietem fiołków. Mietek to często wspominał – opowiada Jerzy Kisielewski.

Kiedy w lutym 1945 r. w Warszawie utworzono Zespół Artystyczny Centralnego Domu Żołnierza, a w nim grupę taneczną, Jankowski zgłosił się i został przyjęty. Występował w zespole przez kilka lat, później był tancerzem Teatru Wielkiego w Warszawie, wreszcie wykładowcą tańca klasycznego w Państwowej Szkole Baletowej w Warszawie.

Żył w cieniu sławnego partnera.

Wiesław Uchański, prezes wydawnictwa Iskry: – Tak naprawdę wielu ludzi nie wiedziało nawet, jak on ma na nazwisko.

A ci, co wiedzieli, i tak mówili: To jest Miecio od Waldorffa. Kiedy jeszcze tańczył i dostawał jakąś większą rolę, warszawka szeptała: Waldorff mu załatwił. Starał się nie prowokować takich sytuacji. Tak było, kiedy zaproponowano mu jedną z większych ról w „Krakowiakach i góralach” Wojciecha Bogusławskiego. Odmówił, choć była to dla tancerza propozycja kusząca. Nie chciał, żeby znów ktoś powiedział, że to dzięki Waldorffowi. Cierpiał, płakał, ale nie zatańczył.

– Ja nie byłem wielkim tancerzem – powiedział kiedyś Jerzemu Kisielewskiemu. – Ale ja byłem porządnym tancerzem.

W podstawowym dla powojennej historii polskiego baletu „Almanachu baletu polskiego 1945–1974” Ireny Turskiej, w rozdziale zawierającym z górą setkę biogramów najwybitniejszych polskich tancerzy, Jankowskiego nie ma.

W pewnym momencie w ogóle przestał się z Waldorffem pokazywać. „Nawet w Operze nie stawali obok siebie, tylko pan Miecio gdzieś krążył, a Waldorff rozmawiał z kolejnymi prominentnymi osobami” – wspominał Jankowskiego Tomasz Raczek.

Dlatego tak niewiele osób wiedziało o ich związku. Po śmierci Waldorffa byli ludzie, którzy pytali Jerzego Kisielewskiego: A co z jego żoną? To Jankowski pełnił w ich związku rolę przypisywaną zwykle kobietom. Sprzątał, gotował i dbał, żeby Waldorff miał wyprasowany garnitur i odpowiednio dobrany krawat. Jerzy Kisielewski: – Robił to bez żadnej ostentacji, ale było wiadomo, jaka jest jego rola. W domu moich rodziców mówiło się: Trzeba sprawdzić, co dzieje się u Waldorffów.

Kiedy Waldorff zaprosił do mieszkania w alei Przyjaciół Artura Rubinsteina, który pierwszy raz po latach odwiedził Polskę, to Jankowski musiał stanąć na głowie, żeby w środku Peerelu wyczarować z sardynek, wystanych w delikatesach, wykwintne przystawki.

To z Mietkiem wymieniało się przepisami – wspomina Zofia Kucówna. – Robił bardzo dobre kabaczki, czego nie można powiedzieć o zapiekankach. Nie dał sobie wytłumaczyć, żeby nie przykrywać garnka, bo zapiekanka musi odparować. Ja tak robię i tak będzie, bo Jerzy właśnie tak lubi – mówił. I to był argument ostateczny.

Waldorff obdarowywał Mieczysława Jankowskiego z okazji kolejnych rocznic ich związku. Trzydziestej, czterdziestej, pięćdziesiątej. Na sześćdziesięciolecie chciał zamówić mszę i zorganizować przyjęcie. Było już przygotowane menu i lista gości. Nie zdążył. Zachorował i uroczystość trzeba było odłożyć. Okazało się, że na zawsze.

Byłem kiedyś świadkiem ich rozmowy. Mogę sobie tylko wyobrażać, jak musiała być dla Mietka dramatyczna – wspomina Jerzy Kisielewski. – Domyślał się pewnych rzeczy i któregoś dnia powiedział: Jerzy, jeśli ty potrafisz być także z kobietami, to może po prostu ożeń się. Waldorff odpowiedział: Nie, bo ja cię kocham.

Wykład z historii homoseksualizmu

Tylko raz napisał szerzej o homoseksualizmie. Nie własnym, Karola Szymanowskiego, w książce „Serce w płomieniach”. To było trzecie wydanie książki, ale rozdział o homoseksualizmie kompozytora znalazł się w niej po raz pierwszy.

Rozszerzył książkę na moją prośbę – wspomina Wiesław Uchański, który wydał „Serce...”. – Przekonywałem go, że to właśnie on powinien o tym napisać. Ale nie pojawiła się żadna aluzja do jego własnego homoseksualizmu. Nowy rozdział „Serca...” to właściwie wykład z historii homoseksualizmu. „... upodobania chłopięco-męskie są równie dawne jak spisywane dzieje ludzkie” – pisał.

Sporządził przegląd najsłynniejszych gejów. Poczynając od Achillesa, który mimo wielu nałożnic w najstraszniejszą rozpacz popadł, gdy zginął Patrokles, przez Sokratesa, związanego ze swoim uczniem i następcą Platonem, po Aleksandra Wielkiego. Powodem homoseksualizmu, zarówno w czasach starożytnych, jak i współcześnie, tłumaczył, jest zachłanność kobiet chcących mężczyzn na własność. A homoseksualiści nie znają uczucia zazdrości, chętnie wymieniają jednych chłopców na drugich, pisał, traktują rozładowanie seksualne jako oswobodzenie ciała od fizycznego napięcia. „...aby mózgi uwolnione od jakichkolwiek nacisków mogły spokojnie oddać się deliberacjom intelektualnym” – pisał.

Ułożona przez Waldorffa lista homoseksualistów była długa. Artur Rimbaud i Paul Verlain, Oskar Wilde, Jarosław Iwaszkiewicz i Jerzy Andrzejewski. Marcel Proust, André Gide, Jean Cocteau, Tomasz Mann, Piotr Czajkowski i Jean Genet. Michał Anioł Buonarroti i Leonardo da Vinci z większym upodobaniem tworzą akty męskie niż kobiece, pisał. Dla niego ich wybór był oczywisty. Nagi mężczyzna, pod którego skórą grają mięśnie, jest zachwycający. „...gdy tymczasem wiolonczelowa miękkość ciała kobiecego raczej mogła artystę nużyć swą monotonią nawierzchni” – pisał.

Chciał dodać jeszcze jeden przykład, ale zachowałem się jak cenzor i poprosiłem, żeby z niego zrezygnował – wspomina Wiesław Uchański. – Napisał ni mniej, ni więcej, że gejem był Jezus. Co więcej, uważał, że potwierdza to zdanie, które Jezus wypowiada do matki, wskazując na Jana: Matko, to jest syn twój. Powiedziałem mu: Jerzy, ty będziesz sobie spokojnie leżał na Powązkach, a mnie zabiją. Ustąpił.

Uważał, że powinien wytłumaczyć, skąd nagle ów poświęcony homoseksualizmowi rozdział. Chciałbym, by czytelnicy wyobrazili sobie wąską ścieżkę wiodącą między górskimi szczytami, pisał. Tę ścieżkę seksualnej dewiacji wydeptali wybitni, czasem nawet genialni artyści, którzy łączyli męską przyjaźń z doznaniami erotycznymi. Jakże smętnie nudna byłaby planeta bez ich sztuki. „Bądźmy więc tolerancyjni i tylko tyle...” – napisał.

Jerzy Kisielewski: – Liczył, że ten nowy rozdział będzie miał większy rezonans. Był bardzo zawiedziony, bo nikt go nie zauważył. On chyba naprawdę chciał wreszcie o tym publicznie opowiedzieć.

Byli bardzo wzruszający w takiej wzajemnej trosce o siebie – wspomina Wiesław Uchański. – Pod koniec życia, kiedy Waldorff nie mógł już chodzić, Mietek, choć miał początki Parkinsona i trzęsły mu się ręce, przynosił dzwoniąc filiżankami herbatę i stawiał ją na stole. Ale później to Jerzy, siedząc przy stole, rozstawiał filiżanki i słodził herbatę. Mietka i swoją.

Jankowski miał znakomitą pamięć. O wiele lepszą niż Waldorff. Prawie każdy, kto przychodził do ich mieszkania, przeżywał podobną scenę. Waldorff zaczynał mówić, puszył się, rozkwitał, ale w pewnym momencie zatrzymywał się, bo coś mu umknęło.

Jerzy Kisielewski: – Wołał wtedy niskim głosem: Mietku (Mietek był przygłuchawy i lepiej słyszał tony niskie), Mietku, jak nazywał się ten poeta-grafoman z Krakowa? A Mietek bez pudła podrzucał potrzebne nazwisko. Już po śmierci Waldorffa powtarzał mi wielokrotnie: To Jerzy nauczył mnie czytać. Byłem wyjątkiem wśród tancerzy, którzy woleli pisma ilustrowane.

Waldorff bał się, co stanie się z Mieczysławem Jankowskim po jego śmierci. Prosił Kisielewskich, żeby zaopiekowali się nim.

Jerzy Kisielewski: – To była przez ostatnie lata jego obsesja. Uważał, że Mietek nie poradzi sobie sam. Bał się, że ktoś może go skrzywdzić. Niepokoił się, czy zostanie uwzględniony jego testament. Czy zaopiekujemy się Mietkiem. Czuł, że odejdzie szybciej, choć obaj zachowywali się przez te ostatnie lata jak mickiewiczowscy dziad i baba, licytując się, kto umrze pierwszy. Kiedy Waldorff zmarł, Mietek chciał jak najszybciej pójść za nim. Mówił, że życie bez Jerzego nie ma sensu, nie chciał nawet wychodzić z domu. Dopiero po jakimś czasie zaczął porządkować rzeczy po Waldorffie. Znów zaczął czytać, wrócił jeszcze na parę lat do życia.

Kilka tygodni po śmierci Waldorffa spotkał się z Jarosławem Kurskim. W głębi mieszkania w alei Przyjaciół czekał człowiek ujmujący, który zgodził się rozmawiać nie bez wahań, w imię pamięci Jerzego, napisał Kurski. – 1 maja zeszłego roku minęło 60 lat, jak żyliśmy razem, dzień po dniu. Dziś chętnie poszedłbym w jego ślady, ale nie mogę – mówił Jankowski. – Muszę wykonać testament Jerzego: to do biblioteki uniwersyteckiej, to do muzeum, to do Lasek, to skatalogować, to uporządkować. Widzi pan, ileż tu roboty!

Rozsypcie moje prochy przy jego grobie

Na którąś Wielkanoc Marycie i Jerzemu Kisielewskim udało się wyciągnąć go na wieś. Podobało mu się, ale następny raz już nie chciał pojechać. Zgadzał się tylko na jakieś przejażdżki po Warszawie i wspólne święta z Kisielewskimi i Zofią Kucówną.

Po śmierci Jerzego Mietek nie chciał kontaktować się z ludźmi. Zachowywał się tak, jakby miał wyrzuty sumienia, że Jerzego nie ma, a on żyje nie wiadomo po co i musi patrzeć na to wszystko, co przedtem oglądał i przeżywał z Waldorffem – opowiada Zofia Kucówna.

Jerzy Kisielewski: – Mietek też najpierw mówił: Muszę być pochowany obok Jerzego, ale potem, jakby przeczuwając kłopoty, powiedział: Spalcie mnie i rozsypcie prochy przy jego grobie.

Ostatecznie jednak urna z popiołami Mieczysława Jankowskiego spoczęła w grobie Waldorffa. Ksiądz opiekujący się Powązkami chciał tylko wiedzieć, czy rodzina nie będzie miała nic przeciwko temu.

Jerzy Kisielewski: – Pokazałem mu testament, w którym Waldorff prosił, żeby pochować Mietka razem z nim. I budował tę skomplikowaną konstrukcję prawną, żeby mieć pewność, że po jego śmierci nikt Mietkowi nie zrobi krzywdy.

Blaszana tabliczka z imieniem i nazwiskiem Mieczysława Jankowskiego przetrwała na grobie Waldorffa kilka miesięcy. Potem zniknęła.


skomentuj (6)

płytki, kafelki i inne kibelki 2008-10-23 10:56:47

Jesteśmy cholernie zmęczeni. Zwożenie klamotów do nowego mieszkania, latanie za sprzętami, płytkami i innymi pierdoletami nas wykańcza. Na domiar tego mam mnóstwo pracy „zawodowej”. Padamy na pysk. Wracamy późnymi wieczorami do domu. Nawet bzykanko nie jest tak często jak kiedyś – szybki numerek i idziemy lulu.

Wczoraj kupiliśmy na Bartyckiej piękne kafle do łazienki i na podłogi, halogenki i stelaż do kibelka. Jutro przyjeżdża wanna…  Dobrze, ze dzisiaj nie biegamy po mieście, ja będę miał czas zająć się pracą a Bąbel sprzątaniem w domu. Na budowie jesteśmy chyba najbardziej upierdliwymi lokatorami – jesteśmy prawie codziennie, a czasem kilka razy w ciągu dnia. Znamy się ze wszystkimi ochroniarzami, kierownikami budowy i innymi szychami :)

Na zakończenie wczorajszego dnia pojechaliśmy całą rodzinką (ja, Bąbel, mama i siostra) na zakupy do Tesco. Oto co znalazło się w moim koszyku:

- salceson

- flaki

- golonka

- świńskie nóżki

Rita stwierdziła, że jednak dobrze, że nie musi się u nas żywić :) A my na jutro będziemy mieli pyszne nóżki w galarecie. A pojutrze flaczki…………

 

Marko

 

                                        

skomentuj (2)

chleb, sól i klucze do własnego "M" 2008-10-10 11:26:12

Wow, zajebiste uczucie słychać brzęk kluczy do własnego mieszkania J Odbiór zajął nam ponad 3 godziny, ale na szczęście bez większych komplikacji.

Punktualnie o 13 spotkaliśmy się z przedstawicielami developera i weszliśmy do mieszkania. Mieliśmy zaprzyjaźnionego inspektora budowlanego, więc sprawdził ponad 160 punktów kontrolnych. Jakość ocenił na 98%, więc bardzo wysoko. Kąty proste, szlichty równe, brak wad w oknach, itp. Jedyna uwaga – były porysowane 2 szyby, więc zostaną wymienione w ciągu tygodnia.

W momencie podpisania protokołu otworzyliśmy szampana, który został wypity z całą ekipą.

 

Później przyjechała mama z siostrą, było witanie chlebem i solą i butelką wina. Najlepsze wino na świecie – Montecillo Gran Reserva – kupione 2 lata temu, czekało spokojnie na ten dzień. Teraz tylko remont. Mam nadzieję, że zaczniemy w przyszłym tygodniu, teraz nawet jeszcze prądu nie ma w lokalach (tzn. jest, ale wyłączony, bo nie mamy jeszcze liczników) Od przyszłego tygodnia będzie można korzystać z tzw. prądu budowlanego. A za miesiąc PARAPETÓWKA!!!!!!

Marko

skomentuj (8)

trzeci krzyżyk i klucze do mieszkania 2008-09-30 17:00:16

O Boże, nie wierzę! Właśnie się dowiedzieliśmy, że 9 października odbieramy mieszkanie !!!!! Mieliśmy jeszcze niedawno wątpliwości, czy w ogóle w tym roku się wyrobimy, później pocieszające były informacje od developera, że odbiory będą od 16 października. A tu szok! W skrzynce email, że 9 mamy odebrać klucze :D Jesteśmy umówieni na godzinę 13…

Z Bąblem latamy jak kot z pęcherzem za podłogami, płytkami i innymi pierdołami, meble do kuchni się robią, szafy też, ale nie wiem, czy na Święta się ze wszystkim wyrobimy….

Ja w międzyczasie skończyłem 30 lat, i nie był to dzień, w którym jakoś szczególnie świętowałem… Złapał mnie kryzys wieku średniego i całe urodziny przespałem J

A na koniec, może znajdzie się dobra dusza, która wspomoże kilkudziesięcioma tysiączkami? Te wszystkie kafelki, meble, wanny tyle kosztują…..

Marko

skomentuj (7)

zaraz przeprowadzka 2008-09-11 05:06:26

No wreszcie, już niedługo się przeprowadzamy.

Dzisiaj zamówiliśmy meble do kuchni i jednak zdecydowaliśmy się na wszystkie bajery – samo domykające szuflady wewnętrzne, okucia Bluma, sortownik na śmieci, itp. Kolor ciemny orzech, blaty z granitu kashmir gold, czyli wszystko to, o czym marzyłem. Przedostatni raz widzieliśmy się z właścicielem mieszkania od którego wynajmujemy naszą dziuplę i powoli szykujemy się do przeprowadzki.

W studiu kuchennym spędziliśmy kolejny raz prawie trzy godziny – tyle zajęło nam ustalanie szczegółów, wybór koloru frontów, itp. Teraz czekamy. Mam nadzieję, że wszystko będzie OK. AGD już wybrane i pozamawiane. Zamówiliśmy tez szafy do sypialni i łazienki, w tym samym miejscu, gdzie zamawialiśmy kuchnię, więc parę groszy udało się zaoszczędzić. W przyszłym tygodniu idziemy szukać podłóg i kafli na ściany do łazienki, zastanawiamy się nad trawertynem, ale boję się, że to może pogrążyć nasz budżet, więc się jeszcze zobaczy. Chciałbym, żeby na święta było już wszystko gotowe.

 

Prawko oblałem, ale, że to pierwsze podejście, więc stresu nie ma. Oblałem głupio, na sam koniec egzaminu nie zatrzymałem się na warunkowym – strzałce w prawo. Ale nic to, nie taki diabeł straszny jak go malują i mam nadzieję, że następnym razem zdam. Z oczywistych przyczyn zakup samochodu się przesunie w czasie – meblowanie i remont pochłania dużo kasy, a w lutym jeszcze chcielibyśmy odwiedzić moje wymarzone Indie.

 

Zaczynam pracę nad filmem. Trzeba dopracować scenariusz, zebrać ekipę i zrobić casting. Niestety, brak czasu i natłok różnych zajęć cały czas przesuwa termin, ale mam nadzieję, że na wiosnę uda się rozpocząć zdjęcia.

 

Żeby nie było tak sielankowo, Bąbel stracił pracę. Fajne jest to, ze mamy więcej siebie, ale niestety okres wielu wydatków, więc mam nadzieję, że w miarę szybko coś znajdzie. Mi na szczęście klienci ostatnio dopisali, więc mam nadzieję, ze całe urządzanie obędzie się bez żadnych kredytów, ale niestety pasa trzeba zacisnąć.

skomentuj (5)

filmik z Turcji 2008-08-31 21:26:17

Przepraszam, że nie pisałem, teraz będę już gryzmolił regularnie (przynajmniej będę się starał) a tymczasem wkleiłem zmontowany film z Turcji :)

Cz. 1 - Stambuł
 
 

Cz. 2 - Kapadocja

 

Cz. 3 - Konya

 

Cz. 4 - Egirdir, Pamukkale, Bodrum

 

Cz. 5 - Efes, Selczuk

skomentuj (2)

wróciliśmy 2008-07-07 23:59:17

Wczoraj wróciliśmy. żyjemy. Pokochaliśmy nowy kraj. Niebawem krótka realacja i kilka fotek.

Marko

skomentuj (7)

Wielkie pakowanie 2008-06-14 22:02:54

Po drodze minęły urodziny Krzysia, bardzo udane, wbrew obawom, że przyjdzie mało gości. Kuchnia turecka była, wszak już jutro lecimy do tego kraju :) O 13:10 startujemy naszym ulubionym ;) LOTem i o 16:30 czasu lokalnego jesteśmy w Stambule.  Pierwszy raz miałem do wczoraj jakieś złe przeczucia co do tego wyjazdu, ale dziś już się nie denerwuję i z niecierpliwością czekam na oderwanie się samolotu od płyty lotniska. 26 czerwca spotykamy się na kilka dni w Bodrum, ze znajomymi, którzy lecą z biurem podróży, więc znajdziemy też czas na odpoczynek. Ogólnie wyjazd szykuje się bardzo intensywny, przed nami wiele kilometrów w autobusach i pociągach, ale za to zwiedzimy prawie całą Turcję – od morza Marmara, przez Kapadocję, wioski kurdyjskie, Anatolię po Riwierę turecką :) Oczywiście Troja i Efez też muszą się znaleźć na naszej liście. Teraz jeszcze się pakujemy, dosuszamy żelazkiem pranie i idziemy wcześnie spać. Obiecuję jakiś filmik i trochę fotek wrzucić po powrocie.

Marko

skomentuj (2)

wiosna, Dzień Matki i imprezki 2008-05-27 17:17:09

Nasz związek rozkwitł od nowa. Nie wiem, czy to wiosna, czy to co innego, ale zakochaliśmy się z Bąblem w sobie od nowa. Wierze, że na długo, a jak znowu coś zacznie się rwać, zakochamy się znowu. W sobie. Z wzajemnością. Chodzimy jak w skowronkach, aż może to zewnątrz wydawać się za słodkie – zachowujemy się jak para zabujanych małolatów na pierwszych randkach :P

Wczoraj Dzień Matki. Bardzo sympatycznie i miło. Wpierw pojechaliśmy do mamy z pięknymi kwiatkami, a potem zabraliśmy ją do Samych Fusów na Starówce. Siedzieliśmy dosyć długo, później spacerek. I jeszcze od mamy ciasto na wynos dostaliśmy :D

W zeszłym tygodniu byliśmy na imieninach babci, ona też zachwycona moim Maluszkiem… Tak więc upływa nam ten czas na imprezowaniu, a w sobotę kolejna imprezka. Babel w niedzielę skończy 25 latek, więc ćwierćwiecze zobowiązuje i zapowiada się hucznie.

Wyjeżdżamy za niecałe 3 tygodnie :) Już nie możemy się doczekać ciepełka ….

Marko

skomentuj (1)

zamiast tekstu - filmik :) 2008-05-12 18:26:41

skomentuj (3)

długi weekend, turcja i budowa mieszkania 2008-05-04 14:56:20

W środę minie rok jak już piszę tego bloga. Ale ten czas zapieprza...
Tydzień temu Bąbel pojechał na wesele brata, a ja spotkałem się z kolegą z podstawówki. Nie widzieliśmy się od 16 lat więc ciekawie było. Bawiliśmy się do 3 w nocy i wbrew moim obawom, mieliśmy mnóstwo tematów do rozmowy. Tydzień, jak tydzień, ale dzięki długiemu weekendowi, krótki się zrobił i już w czwartek byliśmy z moją mamą, siostrą i oczywiście Bąblem na żaglach a prosto po przyjeździe wyskoczyliśmy do znajomego na grilla :) Następny wieczór też intensywny, bo u Czarków, a tam 0,7 na łebka trzeba było obskoczyć. Omawialiśmy nasz wyjazd do Turcji – oni jadą na 2 tygodnie z biurem podróży, my jedziemy na 3 tygodnie na własną rękę, jednak w planach mamy spotkać się na kilka dni i pobyczyć w hotelu. Bilety już kupiliśmy, wylatujemy 15 czerwca, wracamy 6 lipca, a wstępny plan podróży – Istambuł, Kapadocja, wioski kurdyjskie, Konya, Pammukkale i Efez. Plan napięty, ale co to dla nas :P. U Kurdów trochę niebezpiecznie, ale mam nadzieję, że jak zwykle fart nas nie opuści. Wstępnie myślałem też u wypadzie do Syrii, ale niestety, czasu zbyt mało. Przymierzamy się też powoli do Indii, jednak to jest uzależnione od odbioru mieszkania. Zamieszkać w nowym domku mamy we wrześniu, ale jakoś czarno to widzę,  bo budowa coś wolno idzie…

Na dzień dzisiejszy domek wygląda tak:

 


Mieszkanie mamy zawalone kartonami, bo naszło nas na zakupy i pokupowaliśmy hokery, lampy, baterie, okap, wannę i inne pierdolety, mam tylko nadzieję, że wujek zgodzi się zabrać to wszystko do siebie na działkę…

Marko

skomentuj (6)

Czy jeszcze kocham Bąbla? 2008-04-16 15:32:25

Hmmm.... Tak mnie ostatnio naszły rozważania jak długo może trwać miłość? Nie wiem, ale mimo tego, że czasem prowadzimy z Bąblem zaciekłe wojny, to i tak żyć bez siebie nie umiemy. Kocham go, jak wraca z pracy, kocham, gdy się kłócimy, kocham jak je i pije, kocham gdy śpi… Kocham jak się wala po mnie (dla niewtajemniczonych – kładzie się na mnie i mnie maltretuje :P). Kocham go mocniej, niż te 3 lata temu, kiedy się zakochałem. Kocham go mocniej, niż kiedykolwiek…

Czasem się zastanawiam, czy on też mnie kocha? W ciągu dnia nie przyjdzie mnie przytulić, nie powie, że kocha, czasem strzeli focha, czasem coś odwarknie. Brak mi czasem tej czułości, ale wiem, że też mnie kocha. Okazuje to na swój sposób, na co dzień, bez powodu. A to mnie podzióbie, pozaczepia, jak jestem chory zadba o mnie, w nocy całą noc mnie tuli, jak go o coś poproszę, zawsze to zrobi. Wiecie,  co mnie od zawsze rozczula? CODZIENNIE jak wychodzi do pracy, ja zwykle jeszcze śpię, robi mi dwa wielkie kubki herbaty, żebym po obudzeniu miał czego się napić…

Czy ja Go kocham, czy wciąż jestem w Nim zakochany???

 

Dziękuję Ci Misiu za to, że jesteś :*

 

Poza tym, co powyżej napisałem, Bąbel jest czasem jak dziecko. Przedwczoraj bardzo bolał go brzuch (po porcji lasagne, 1,5 średniej telepizzy i kebabie może to nie dziwne), więc wczoraj zaaplikowałem mu głodówkę. Na obiad kurczak gotowany z warzywami, bez przypraw. Oj, jaki był niezadowolony, Bąbel nie znosi warzyw, za to uwielbia mięcho. Najlepiej dużo i smażone. Zjadł, ale marudził, żeby chociaż dać mu kawałek czekolady. Chodził cały wieczór i mi truł, czego on by nie zjadł. Był taki nieszczęśliwy… Na kolację zjadł suchą bułeczkę a chciał jajecznicę… Oj, żal mi go było, tym bardziej, że Bąbel potrafi konia z kopytami zjeść, a ja mu tu warzywka zafundowałem… Na szczęście dzisiaj już się czuje dobrze, ale obiad jeszcze będzie lekki, mam nadzieje, że dziś już nie będzie głodował…

 

Ostatnio bawiłem się photoshopem, poniżej kilka moich prac. Mam ten program od kilku dni, więc może efekty nie są powalające, ale co mi tam J

 














Marko

skomentuj (7)

Kaczki, jajka i zdechłe ryby 2008-03-21 00:24:28

Kaczki się macerują w majeranku, kiełbaska jutro do zrobienia, zakupy świąteczne zrobione. Jeszcze tylko jajek nie pomalowaliśmy, ale Bąbel swoich nie chce poświęcić...

Cały ostatni tydzień Bąbel udawał, że choruje i bite 7 dni przebimbał na L4. Wreszcie mieliśmy trochę czasu, aby się sobą nacieszyć, ale co dobre, szybko się kończy i Mały zachrzania teraz w robocie. Mieliśmy plany wyjechać na weekend do Rzymu, ale niestety nie znaleźliśmy żadnych tanich biletów a wydawanie prawie 1000 zł na łebka wydało nam się bez sensu. Nic to, planujemy trasę do Turcji - wyjeżdżamy na początku lipca i powoli się przygotowujemy. Rejsowy samolot do Istambułu jest tańszy niż do Rzymu, który z resztą leci przez Rzym i jak się uda, to i tak spędzimy tam 2 dni :)

U mnie w pracy trochę lipnie, chociaż fartownie udało nam się pospłacać wszystkie kredyty i karty, które zresztą oddaliśmy mojej mamie na przechowanie. Tam będą bezpieczniejsze, bo nas jakoś kasa nie chce się trzymać…

Kropka wariuje i rośnie. Rośnie i wariuje. Wychodzimy już z nią na dwór, więc jest przeszczęśliwa, że może się wyszaleć. My jesteśmy za to przeszczęśliwi, bo po takim spacerku, Mała sobie smacznie śpi i my mamy trochę spokoju. Waży już 7 kg :)

 

- Czesiu, dlaczego jesz zdechłe ryby?

- Bo te żywe uciekają…

 

/ właśnie usłyszałem w TV…

 

WESOŁYCH ŚWIĄT!!!


Marko

skomentuj (4)

Bliźniaki, szczepienia i swięty spokój 2008-02-22 15:21:12

Ostatni tydzień spędzili u nas bliźniaki Bąbla. On i ona, po 17 lat. Fajne dzieciaki, ale na szczęście już pojechali i możemy odpocząć. Wszędzie ich pełno, cały czas się kłócą, w telewizji tylko Viva, MTV czy jakieś inne szarpidruty, ew. „M jak coś tam” czy inne telenowele. Człowiek nie mógł sobie pooglądać, jak do tej pory, TVN24 czy Kuchnia.tv…. Jak się okazało, największą atrakcją turystyczną Warszawy nie jest wcale Stare Miasto, PKiN, czy jakieś muzeum, ale Złote tarasy, Arkadia i Blue City. Mamy teraz święty spokój.

Jest cicho.

Za cicho.

Szkoda, że już pojechali…

 

Pies nie daje nam spokoju. Skąd ona ma tyle energii i pomysłów na różne zabawy – nie mamy pojęcia. Śpi coraz mniej, coraz więcej się bawi. Zabawą to ciężko nazwać, bo wariuje jak diabli. Skacze, turla się, czasem nawet jakiś fikołek jej wyjdzie. Regularnie, noc w noc, zawsze ok. godziny 3 nad ranem, Kropka się budzi, wskakuje na łóżko i zaczyna gryźć. Gryzie wszystko co nam odstaje. Nosy, uszy, palce, ale nade wszystko kocha gryźć włosy. Jest też bardzo zazdrosna, jak widzi, że zajmujemy się z Bąblem swoimi obowiązkami, zwłaszcza małżeńskimi a nie jej osobistością, wskakuje na łóżko i próbuje się dołączyć…  Tylko, że wtedy chce gryźć wszędzie, więc jednak wyrzucamy ją do siebie. Oj, jaka jest nieszczęśliwa… Jeszcze bardziej nieszczęśliwa była wczoraj, u weterynarza. Biedaczce ciężko było usiedzieć pół godziny na rękach i zaczęła płakać. Na szczęście w gabinecie wszystkie badania traktowała jako zabawę i nawet nie jęknęła, jak dostała zastrzyk ze szczepionką.

Kropka rośnie jak na drożdżach i właśnie zaczyna mnie zaczepiać, więc się z nią pobawię.

Marko

PS. Dziękuję za propozycje imion. Mi najbardziej podoba się Tosca, ale Babel uparł się na Kropkę…

skomentuj (8)

Mamy pieska!!!! 2008-02-08 14:42:41

Mamy psiaka!!! A właściwie maleńką, śliczną, czarną suczkę.
Psiak jest niesamowity, mimo, ze dopiero w niedzielę kończy 5 tygodni, już  załatwia się na gazetę. Jest rozkoszna. Albo się bawi, albo śpi, albo sika… Lejek z niej niesamowity – leje dosłownie co kilka minut i co kilka minut pije… Przylepa niesamowita, ma mnóstwo energii i cały czas się by się bawiła. Nie wiem, jak będzie później, ale teraz lubi zwracać na siebie uwagę wszystkich i to ona musi być najważniejsza. Kocha jeść i trzeba bardzo uważać, żeby się nie spasła, dlatego ma jedzonko wydzielane, a po skończonym posiłku rozdziela się przeraźliwy pisk, że było mało. Po weekendzie idziemy z nią do lekarza na pierwsze szczepienia i powoli zaczniemy z nią wychodzić na dwór. Na razie jest taka słodko-pokraczna, biegać jeszcze nie umie, ale skacze jak zając. Czasem się przewraca, potyka i wtedy robi takie komiczne minki. Jak coś chce, to potrafi piszczeć przeraźliwie, jakby kto ją ze skóry obdzierał, ale wystarczy, że się nią zajmie, już jest szczęśliwa.

Ja dalej uczę się jeździć. Idzie mi coraz lepiej, czasami czuję się za kierownica jak ryba w wodzie, ale czasem mam gorszy dzień i wychodzi taka lipa jak wczoraj… Wczoraj jakoś jazdy mi nie szły, byłem rozkojarzony i robiłem sporo błędów. Mam nadzieję, że dzisiaj będzie lepiej.

Bąbel dużo pracuje, nawet w niedziele musi iść do pracy, więc dla siebie nie mamy dużo czasu, a i na obowiązki małżeńskie jakoś mniej chęci… U mnie z kolei, z początkiem roku jest tej pracy za mało (dopiero teraz zaczyna coś się ruszać), więc staję się kurą domową i albo się nudzę, albo śpię, albo siedzę w garach, a teraz jeszcze zajmuję się psiakiem. A propos psa – jeszcze nie mamy dla niej imienia, wiec konkurs dalej trwa, chociaż widzę, że marne nim zainteresowanie. W tej chwili mamy kilka pomysłów: Nike (nie Najki!!!), Vesta, Capri, Alfa, Delta, Melba i Bąbel upiera się przy Kropce…

BŁAGAM, POMÓZCIE Z TYM IMIENIEM!!!


Marko

skomentuj (15)

tłusty czwartek, ostatki i mały labradorek 2008-02-02 18:56:18

I znowu Bąbla nie ma. Na szczęście tylko na weekend wywiało go do rodzinki, więc jutro już wraca. Ostatnio trochę pobalowaliśmy, więc może weekend przyda mi się na wyspanie się, obijanie i oglądanie tv. Wczoraj byliśmy na poprawinach ostatkowych. Gotowałem makaron z mulami a kolega soliankę. Nie wiem, czy dobrym pomysłem jest łączenie kuchni śródziemnomorskiej i rosyjskiej, ale obie potrawy były pyszne i był pretekst do napicia się wódeczki (do solianki) i winka (do muli).

Z niecierpliwością czekamy na nowego domownika. Na bieżąco jednak dostajemy zdjęcia psiaka:






cała rodzinka

skomentuj (5)

Bąbel mnie zostawił... 2008-01-16 14:07:22

Bąbel mnie zostawił… Siedzę sam, oglądam setny raz High School Musical i popijam nasze ulubione winko, które nie smakuje tak dobrze, jak piejemy je razem. Coś za coś. Bąbel pnie się w górę w swoim banku i musiał na tydzień wyjechać na szkolenie, zostawiając mnie samiutkiego na pastwę wszystkich pokus tego świata. Ciężko jest, bo to pierwsze nasze rozstanie na tak długo, ale na całe szczęście staramy się o potomka i za 3-4 tygodnie nasza rodzinka powiększy się o ślicznego, małego labradorka! W związku z tym, że nie wiemy jeszcze, jak nazwać nowego lokatora naszego stadła, proszę o pomoc w chrzcinach i wpisywanie swoich propozycji. W nagrodę, nadawca imienia, które wybierzemy, ostanie chrzestnym/chrzestną naszego małego baby, więc gra warta świeczki :)

Tyle z aktualności.

Co do Sylwestra, to było…  samotnie. W Mela Verde już nie było miejsc, więc zostaliśmy w domu. Do 22 siedzieliśmy sami, ale potem przyszła siostra i rozkręciła imprezę. Tańce były do 4 rano i zrobiło się całkiem przyjemnie. Rita dzięki! Siostra chyba znalazła sobie nowego faceta. Na razie jest nim zauroczona i może coś faktycznie z tego wyjdzie :)

Ja chyba sobie poszukam jakiegoś zajęcia. Firma zajmuje mi trochę mało czasu i swobodnie mógłbym jej prowadzenie pogodzić z jakimś dobrze płatnym (:P) etacikiem. Więc kto wie, może niebawem zacznę znowu pracować dla kogoś. Z tym super wynagrodzeniem trochę żartuję – bardziej zależy mi na tym, żeby mieć jakieś dodatkowe zajęcie, bo mam trochę dosyć  siedzenia w domu, a i może warto kogoś nowego poznać ;)

A propos nowych znajomości – mimo wielu przeciwników, za zajebisty pomysł uważam projekt nasza-klasa.pl. Dzięki niej odnalazłem wielu starych znajomych, byłą dziewczynę (już mężatą i dzieciatą) i pierwszą miłość facetowską. Ta facetowska pierwsza miłość mieszka niestety w USA i ma żonę :(

To tyle w telegraficznym skrócie, ale nie byłbym sobą, gdybym nie pochwalił się swoimi zdolnościami elektronicznymi :P Rozebrałem za części pierwsze swojego laptopa. Rozebrałem, to ch…, ale ja go jeszcze złożyłem :D To, że go złożyłem, to ch…, ale żadna część mi nie została (oprócz kilku śrubek)! To, że żadna część mi nie została, to ch…, ale na dodatek działa!!!!!!!! Sam byłem zaskoczony :) Kupiliśmy też laptopa dla Bąbla, bo przecież musi, jak to mówi, mieć na szkoleniu kontakt ze światem :) A że był w poświątecznej promocji w Saturnie, kupiliśmy za grosze zajebiście wypasiony komputer! Może wreszcie teraz sam zacznie pisać coś do, jak by nie było, NASZEGO bloga.

To na tyle, mam nadzieję, że teraz będę częściej pisał :*

Marko

skomentuj (9)

Święta, Sylwester i nowy sedes 2007-12-12 20:15:49

No, teraz to już kompletnie nie mam co robić. Praca w zasadzie mi się skończyła, prezenty kupione, karpie wypatroszone, zakwas na barszcz ukiszony, uszka i pierogi polepione. Po weekendzie idziemy po choinkę. Zamrażarka pęka w szwach. Całe szczęście, że ciast piec nie muszę, bo ni chuja mi one nie wychodzą. Ale za to robię pyszne gofry :P Bąblowi zachciało się świeżutkich goferków, a nie znosi kupnych. Trzeba więc było lecieć do sklepu „Nie dla idiotów”, jako że idiotą się nie czuję i zakupić sprzęt odpowiedni do produkcji powyższych. Robie proszkowe lub drożdżowe, w zależności od tego, na jakie Pan Mąż ma aktualnie ochotę. Mi jeszcze nie dane się nimi delektować – ciotoska dieta przedsylwestrowa… (ale schudłem już 10 kg J)

Plany na Sylwestra się powoli klarują, na 99% będziemy witać Nowy Rok we włoskiej knajpie Mela Verde, czyli po naszemu – Zielone Jabłuszko (zapraszam na www.melaverde.pl oraz na zapowiadającą się wspaniale imprezkę). W zasadzie to miałem nadzieję, że w tym roku pojedziemy na narty, ale niestety nikt ze znajomych nie jeździ na nich, ale także trzeba trochę kasy oszczędzić na Indie, Turcję i wyposażenie mieszkanka…. Co do urządzenia mieszkania, mamy już kupiony… sedes. Jest piękny, nowoczesny, z wolnoopadającą deską. Cud-miód, jeśli tak można powiedzieć o czymś, co będzie żywiło się tym, czym my żywiliśmy się dużo wcześniej…

http://roca.pl/produkt-sidney-miska-wc-podwieszana/234/1/10  - tu jest kibelek
http://roca.pl/produkt-sidney-deska-wolnoopadajaca/236/1/10 - a tu deska kibelkowa.

No, to skoro wszyscy już wiedzą, gdzie będziemy srać, kończę i do zobaczonka!!!!

Marko

skomentuj (13)

Prezenty świąteczne i prowo jazdy 2007-11-28 23:31:58

Jako skomercjalizowane ciotki, przygotowania do Świąt rozpoczęliśmy od zakupu prezentów. Wszystko już kupione, i chociaż w tym roku po nowoczesnemu, czyli via internet, nie ominęły nas przyjemności biegania po sklepach i podniecania się na widok choinek, bombek i różnych nowości elektronicznych. Mama dostanie sokowirówkę i nową komórkę, teściowa odkurzacz, szwagry aparat do pstrykania profesjonalnych fotek, Bąbel i siostra… oj się rozpędziłem… Oni zbyt często zaglądają na tego bloga, żebym mógł pisać co ona dostanie.
Tak więc święta pełną gębą. Mam nadzieję, że w tym roku uda nam się kupić równie piękną, wielką choinę co w zeszłym roku i niebawem poczujemy zapach lasu w naszym skromnym mieszkanku. Na szczęście następne Święta będą już pod własnym dachem :)

Bąbel, odkąd pracuje w banku bardzo się zmienił. Już nie chodzi zestresowany, jest radosny, pełen energii i …. niewyżyty seksualnie. Nie żebym narzekał, ale od prawie dwóch tygodni mam obolałą swoją najmniej szlachetną część ciała. Przyjemnie obolałą. Ale dzisiaj się zemszczę!!!

U mnie w pracy już powoli zaczyna się spokój, co miałem pozałatwiać – pozałatwiałem, chyba, że jeszcze na dwa tygodnie przed Świętami przypomni się komuś, że jeszcze nie mają jakiś gadżetów… ale taki urok… A po Nowym Roku zaczynamy z ofertami walentynkowymi :)

Nie wiem, czy pisałem, ale mam nienajlepszą wiadomość dla mieszkańców miasta stołecznego – od jakiegoś czasu chodzę na kurs na prawko, więc jak dobrze pójdzie niebawem dołączę do zacnego grona aktywnych użytkowników naszych dziurawych dróg miejskich. No, chyba, że zaczym zdam egzamin, to wszystkie drogi będą już poreperowane ;)

Muszę kończyć, Bąbel wrócił z kąpieli, teraz moja kolej, więc spadaaaaaammmmm

skomentuj (3)

Rodynkowego narzeczony, Indie i sylwestrowe plany 2007-11-12 19:11:04

Padł mi zasilacz. 2 dni lataliśmy z Bąblem po całej Warszawie za odpowiednim urządzonkiem, który mógłby nakarmić baterię w lapku. Nigdzie nie było chętnego podzielić się swoimi voltami, ale dzisiaj go znalazłem !!! Upragniony, wytęskniony i niezbędny do dalszej pracy znalazł się niedaleko domu. Cóż - złośliwość rzeczy martwych…

Od wczoraj gościmy narzeczonego Rodzynkowego. Uwielbiamy z Bąblem ich obu, szkoda, że tak krótko, ale coś za coś. Mam nadzieję, że będziemy się częściej widywać. Bąbel robi karierę w banku :P oczywiście na plecach swojego szefa, a mojego braciszka (tylko bez skojarzeń!!!), ja pracuję od świtu do nocy, ale… już w lutym szykuje nam się miesięczny wyjazd do Indii. Luty lutym, ale na Sylwestra jak na razie totalna pustka i brak pomysłów. Może narty??? Tylko szkoda, że ani Bąbel, ani nasi potencjalni współtowarzysze (Czarki) nie jeżdżą na tym cudownym wynalazku. Mam nadzieję, że nie będę się musiał udzielać wszystkim swojej cudownej mocy nauczycielskiej i będę mógł sam trochę pośmigać. Oczywiście, jeśli do tego wyjazdu dojdzie…

A teraz dalej się biorę za projekt dla mojego… hmmm… „ukochanego” hmmm…. Klienta, bo na jutro mam przesłać gotowe materiały. A Bąbel śpi :)

skomentuj (4)

święta, banki i lista nr 8 2007-10-17 14:03:08

Dawno nie pisałem, nie pisałem, bo nie miałem czasu. Idą święta, a święta to nasz najlepszy czas w pracy. Gadżety idą jak świeże bułeczki, już nie wyrabiam ze wszystkim a pracy przybywa.

Bąbel trzeci dzień w nowej pracy. Biega codziennie w garniturze – jest bankowcem :) Przyjdzie toto takie potem do domu, jeść zawoła i wczesnym wieczorem spać idzie, bo zmęczony :P. No może trochę przejaskrawiam, jest zadowolony z nowej pracy i z kaski, którą tam zarabia. Cieszy się, że już z klientami nie będzie miał kontaktu :) A ten wczesny wieczór to i tak po północku… Trzeba się jeszcze do sklepu wybrać, kilka koszul mu kupić, żeby ładnie się prezentował.

Ja siedzę nad zamówieniami, zleceniami i kociokwiku dostaję. Telefon dzwoni jak na centrali telefonicznej, skrzynka mailowa pęka w szwach, a ja nie mam nawet czasu ugotować. Dlatego też wczoraj byliśmy w Makro, większe zakupy zrobiliśmy i teraz cały weekend spędzę na garami, co by na zapas pogotować. Dziś pierogi z mięsem :)

Siostra autko kupuje. Długo już je kupuje, dziś miała je odebrać, ale jakoś facet sprzedający ma obsuwę i przesuwa termin na sobotę. Ciekawe co z tego wyjdzie, ale siostro, życzę POWODZENIA!!!

U nas trochę już czuć święta – gadżety, katalogi świąteczne… A dodam, że jeśli chodzi o święta, to jesteśmy tymi, z typu żywych choinek, świecidełek, dekorowania domu i całej tej szopki. Oczywiście prezenty, kolendy i łzy wzruszenia nas dopadają. Chyba nas skomercjalizowało…

Mam nadzieję, że w niedzielę obudzimy się w nowej Polsce. Tej lepszej. Dlatego zachęcam, pójdźcie na wybory! Starałem się na swoim blogu nigdy nie politykować, ale w niedzielę dokonamy wyboru między Wschodem, a Zachodem, między Polską demokratyczną a rydzykową, między władzą nowoczesną, prącą do przodu i zmieniającą kraj na lepsze, a władzą zakompleksioną, ośmieszającą nas na świecie, żyjącą przeszłością i manią prześladowczą. Nie dajmy się!

Zachęcam do poparcia tego człowieka:


Znam go od kilku lat, świetny facet, pomocny, uczciwy i z pasją!

Mam nadzieję, że spotkamy się ponownie już w tej lepszej Polsce. Oby nie w Białorusi!!!

Marko

skomentuj (6)

chiny w obiektywie 2007-10-03 21:29:00

Dziś zapowiadane, aczkolwiek spóźnione fotki z wyjazdu. Niestety, wszystkich 700 nie będę wrzucał :)


Na Placu Czerwonym (ja, moja siostra i Bąbel)


Moja siostra


Bąbel z moją siostrą pod pomnikiem dziadka Lenina


Po Pekinie na rowerkach...


Po tej degustacji wzbogaciliśmy się o kilkanaście pudełak herbatki


W drodze z Moskwy do Pekinu...


Pod Zakazanym Miastem na Placu Tiananmen


4 pedały w Pekinie


w Zakazanym Mieście


Bąbel i moja rodzona zacieśniają przyjaźń z Buddą


Armia Terakotowa w Xi'an


Świątynia Nieba w Pekinie


Piesek na planie pierwszym


To po kolczaste to najbardziej śmierdzący owoc świata. Śmierdzi jak gówno połączone ze stęchlizną, smakuje jak banan z posmakiem ananasowym


Zarodek kurczaka z grila


Na Wielkim Murze


W drodze do Louyang zajadam kacze łapki


Wielkia Pagoda Dzikiej Gęsi (Xi'an)


Tak dzieciaczki śpią w drodze do Xi'an


Dziewczyn popisy w Klasztorze Shaolin


W świątyni


ogród w Longmen


Wstążki z modlitwami


Las Pagód w Louyang


Moja siostra wkracza do akcji


Pokazy młodziutkich mnichów


Groty w Longmen


Nasze menu


Drugi co do wielkości Budda na świecie


Perła Orientu (wieża telewizyjna) na szanghajskim Bundzie


Moja siostra i mój Pan Mąż czują się chyba zbyt swobodnie :P (Szanghaj)


W Szanghaju nie tylko mieszka się w wieżowcach...


Szanghajskie slumsy - cd


najlepszy sposób przemieszczania się po mieście


Wioska Zhouzhuang (chińska Wenecja)


Pagoda w Zhouzhuang


Najpiękniejsze ogrody w chińskim Hogzhou


Hongzhou ciąg dalszy


i jeszcze raz Hongzhou

skomentuj (10)

Chiny cd., chory Rodzynek i kolejne urodziny 2007-09-28 11:44:45

Na wielkie niestety już znowu w IV RP. Chiny nas w sobie rozkochały. Chińczycy również. Przesympatyczni, bardzo pomocni ludzie, angażujący się zawsze i wszędzie w pomoc drugiemu człowiekowi. Zderzenie super cywilizacji z zupełnym jej brakiem, najwyższych budynków świata z maleńkimi klitkami dla ludzi, poprzykrywanymi szmatami, bogatych z biednymi, zapachów zupy won-ton ze smrodem rozkładających się resztek. Państwo nie tylko Środka, ale także rowerów, skuterów, miliona herbat, pałeczek, tajemniczych hutongów. Tak nam się ten kraj kojarzy. I pewnie jeszcze długo będzie się kojarzył, bo takich wyjazdów się nie zapomina.

A teraz kilka konkretów:
Ceny – za 4-5 pln można zjeść wspaniały, dwudaniowy obiad
Język – konieczne rozmówki, mapy tylko z podwójnymi nazwami - po angielsku i chińsku
Kuchnia – pyszna, w każdym regionie inna, lepiej jednak nie wnikać co się je
Pałeczki – wbrew pozorom bardzo łatwe w obsłudze.
Pociągi – zaskakująco przyzwoite, dużo lepsze niż europejskie PKP
Klimat – na północy bardzo ciepło i sucho, na południu gorąco i parno
Pamiątki – na każdym kroku, za grosze
Największe zaskoczenie – małe breloki z pływającymi, żywymi rybkami

I na skróty:

W Xi’an, mieście otoczonym wielkimi murami, znajdują się wspaniałe zabytki. Wieża Bębnów, pagody Wielkiej i Małej Dzikiej Gęsi, w okolicy Armia Terakotowa. Co do Armii, zdania są podzielona. Jednych zachwyca, inni są rozczarowani. My należymy do tych pierwszych. Tysiące glinianych żołnierzy, naturalnego wzrostu robi wrażenie…

Louyang – miasto mało ciekawe, ale za to w odległości ok. 30 km same perełki – cudne klasztory, pełne klimatu i ducha maoistycznego. Najpiękniejszy, Klasztor Shaolin – wielki kompleks, z licznymi świątyniami, pagodami i mnichami. Najciekawszy jest Las Pagód – na niewielkim obszarze umieszczono kilkaset niewielkich, ale prześlicznych pagód. Ogromne wrażenie robią również pokazy kung-fu i akrobacji. Adepci, a właściwie kandydacie na mnichów robią rzeczy sprzeczne z prawami fizyki oraz sprzeczne z budową anatomiczną człowieka.
W innym kierunku od Louyang, ok. 15 km od miasta, w Longmen znajdują się fantastyczne groty. Na długości ok. 2 km, w pionowej skale wysokości kilkunastu metrów, wyrzeźbiono tysiące grot, a w każdej z nich posąg Buddy. Posągi od kiku cm do kilku metrów wysokości robią wrażenie.

Szanghaj – siostrze się nie podobał, ja i Bąbel zachwyceni. Najlepiej wygląda w nocy, kiedy każdy wieżowiec żyje. Świetlne, animowane reklamy z neonów na prawie każdym budynku, Prawie 450 metrowa wieża – Perła Orientu, świecąca w różnych kolorach… Kicz? Na pewno tak. Prawie jak amerykański. Jednak wszystko do siebie pasuje, stwarza swoisty klimat, zupełnie nie chiński…
W Szanghaju nie obyło się bez paniki. Okolice Szanghaju nawiedził największy od 10 lat tajfun. Ewakuowano ponad 2 miliony mieszkańców, wiele obszarów zostało zalanych. Jednak ta panika nie była w Szanghaju, a w Warszawie. Panikowała nasza mama, która o kataklizmie dowiedziała się z telewizji. U nas faktycznie, były w hotelu ostrzeżenia o tajfunie, ale tak naprawdę, w centrum tylko popadało. Cały dzień łaziliśmy na zakupach i najgorsze, co nas spotkało, to przemoczenie do suchej nitki :)

Z Szanghaju mieliśmy 2 wypady – Hangzuo, miejscowość uznawana za najpiękniejszą w Chinach. Niestety, ale pogoda nam nie dopisała. Przez połowę czasu padał deszcz, nie był duży, ale upierdliwy. Na szczęście nie przysłonił nam przepięknych ogrodów, olbrzymich połaci jeziora pokrytych przez lotosy, palm bananowych i starych, fantastycznych pagód.

Drugą, co do urody miejscowością w Chinach jest Zhouzhuang, czyli tzw. Chińska Wenecja. Miasteczko bardzo ładne, faktycznie mnóstwo kanałów, ale chyba zbyt czyste i „kurortowe”. Zobaczyć warto, ale dłużej niż kilka godzin nie ma po co zostawać.


I po 3 tygodniach wrażeń nastał czas powrotu. Powrotu, który trwał 40 godzin. Najpierw najszybszym pociągiem świata (ponad 430 km/h) dojechaliśmy na lotnisko w Szanghaju. Sporo lotnisk na świecie widziałem, ale to, zrobiło na mnie największe wrażanie. To nie było jak lotnisko europejskie czy amerykańskie. To lotnisko było światowe. Na samolot do Pekinu czekaliśmy 6 godzin. Poszliśmy coś zjeść, połaziliśmy bez celu, a gdy dopadła nas nuda graliśmy w karty. Wreszcie nas samolot. 2,5 godzinki lotu i jesteśmy w Pekinie. My jesteśmy, ale naszych bagaży nie… Wreszcie okazało się, że nasze plecaki są w drugim terminalu :) Jeszcze tylko 12 godzin do odlotu do Moskwy. Ok. 6 godzin przesypiamy na ławkach, potem czas jakoś leci. Wymęczeni wsiadamy do upragnionego samolotu. Prawie 9 godzin i jesteśmy w Europie. Lotnisko Szermietowo, chyba jakiś swoisty pomnik komunizmu, wita nas tłumem ludzi czekającym do odprawy. Ludzi z kilku samolotów, a okienek chyba 3! Rezygnujemy z odprawy i idziemy bezpośrednio do tranzytu. Na gadce z nieznajomymi upływa nam kolejne 6 godzin i wsiadamy do lotowskiego samolotu, który zawiezie nas do Warszawy. Na pokładzie polska obsługa, polskie gazety, polskie jedzenie. Komisyjnie przestawiamy zegarki na czas polski. Mój Rolex (kupiony w Pekinie za jakieś 8 pln) wskazuje 22:30. Lądujemy, odbieramy bagaże i …. Zaproszenie od celników… Na szczęście nie przyczepili się, że tam jedna flaszeczka za dużo się znalazła i możemy już iść na powitanie z mamą.

Co do bagażu, to co samolot to mieliśmy stracha. Jako bagaż główny, mieliśmy kulturalnie po plecaku nie przekraczającym 20 kg. Natomiast pamiątki musieliśmy zmieścić w: 2 plecaczkach małych, dwóch wielkich torbach (takich, jak ruskie na stadionie mają) i dosyć sporej torbie podróżnej. Jak nas z tym wpuścili do 3 po kolei samolotów, nie mam pojęcia. Grunt, że D O L E C I E L I Ś M Y!!!

Ale, żeby nie było tak słodko, po powrocie kilka niemiłych niespodzianek.
Rodzynek ciężko chory, nie wiadomo, czy nie wyląduje w szpitalu. Dodatkowo coś z nim się dogadać nie można, mam wrażanie, że jakaś depresja go dopadła, nawet o chorobie nie chce za wiele mówić. Nie naciskam, może sam powie coś więcej, jak się spotkamy. Szkoda chłopaka, jest świetnym gościem, ale nikogo oprócz nas nie ma. Nawet na dobre słowo od swojego byłego liczyć nie może… Ach te męsko-męskie rozwody…

Druga sprawa, to ta, że muszę na gwałt szukać biura. Z tego, które wynajmowaliśmy w TBS Bemowo, zostaliśmy wyeksmitowani. Powodem jest to, że Bemowo połączyło się z Bielanami i potrzebują miejsca dla swoich ludzi. Szkoda tylko, że rozwiązanie umowy najmu zostało przeprowadzone niezgodnie z jej warunkami. Rozważam złożenie sprawy do sądu…

Ale na koniec coś weselszego. Dzisiaj stukają mi 29 urodzinki. Ostatni rok będę dwudziesto-kilku latkiem i zamierzam to hucznie świętować. Sporo znajomych zaprosiłem na chińszczyznę :)

Ale się dzisiaj rozpisałem, mam nadzieję, że komuś się spodoba. Zdjęcia może jutro powrzucam.

Marko

skomentuj (12)

wielki mur, spotkania z policja i trudy podrozy 2007-09-13 05:00:18

Oj ciezkie jest podrozowanie po Chinach.Jazdy zaczynaja sie podczas kupowaia biletu.Jak do tej pory spotkalismy moze 5 osob,ktore jako tako mowia po angielsku. Normalnie nie rozumieja nawet Coca-cola... Ale jest pieknie. Mur Chinski robi niesamowite wrazenie, ma natomiast jedna wade... bardzo dluuuuugie i strooome schody.
Po Pekinie poruszalismy sie caly czas na rowerach,a jako,ze ruch jest prawostronny tylko teoretycznie, juz drugiego dnia wjechal mi pod kola facet z przyczepka. Tlum gapiow, pogiete kolo(nie moje) i ktos zadzwonil po policje. Na cale szczescie stalo sie to pod szkola jezykow obcych, wiec jakac nauczycielka angielskiego nam pomogla. Policja przyjechala na 3 motorach, 6 gliniarzy. Myslalem, ze reszte wyjazdu spedze w jakies 100 osobowej celi, ale oni nie zamienili ze mna ani jednego slowa. To tamten jechal pod prad, wiec mojej winy nie bylo. Ufff pojechalismy dalej, do Palacu Letniego nad pieknym jeziorem.

Teraz jestesmy w Xi'an i wybieramy si do Armii Terrakotowej. Wszedzie to jest pieknie, kolorowo, egzotycznie, glosno i... smierdzaco. Zarelko jest na kazdym kroku, wszedzie co innego i wszystko prawie za darmo. Z oryginalniejszych potraw, ktore jadlem do tej pory to:

-pies
-szaszlyk z czegos dziwnego
-cos jeszcze dziwniejszego
-dla odmiany cos dziwnego, ale nie na ostro
-100 letnie jajko
-slodycze, ktore sa tu obrzydliwe i w niczym nie przypominaja slodyczy
-kacze lapki
-kociolek mongolski - pyyyycha!!!!

Lece budzic dzieci i jedziemy dalej

Marko

skomentuj (5)
Księga Gości