on-i-on blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2007

Cały dzień biegania. Za pieniędzmi, za zakupami. Do 19 u klienta, na szczęście skończyło się otrzymaniem pokaźnego pliku, kilkudziesięciu banknotów o najwyższych nominałach. Niestety, prawdopodobnie ostatni taki pliczek do końca wakacji. Wakacje, tak ulubione przez większość normalnych ludzi, dla branży reklamowej są sezonem ogórkowym. My nie lubimy wakacji. Ale nigdy nie twierdziłem, że my jesteśmy normalni. My – reklamiarze. No, ale skoro już wczoraj był Matki Boskiej Płatniczej, zrobiłem sobie mały prezent. Wyjechałem do dzikiej Puszczy Amazońskiej. Wyjechałem nurtem Rio Anakonda. Wyjechałem z Metysami, Szamanami, rdzennymi Indianami. Tam, gdzie się nie wędruje. Tam, gdzie strzałki zatrute kurarą mogą trafić Cię w kark. Bezszelestnie. Niespodziewanie. Śmiertelnie. Tam, gdzie Cywilizowany zdany jest na łaskę Dzikich. Pojechałem tam z Wojciechem Cejrowskim i jego nową książką. „Rio Anakonda”. Już po kilku stronach obudził się we mnie instynkt podróżnika, i pomimo, że przyszedłem do domu objuczony jak osioł reklamówkami, torebkami, siatkami, wypełnionymi po brzegi wytworami cywilizacji, rzuciłem wszystko w przedpokoju i pojechałem. W DZICZ.

Bąbel przyszedł trochę później niż zwykle. Nie było nic przygotowanego do jedzenia, nie było pościelonego łóżka, nie było niczego. Marko wyjechał. Marko był w DZICZY. Pamiętacie książki Alfreda Szklarskiego o przygodach Tomka? Te książki chyba obudziły we mnie chęć zwiedzania świata. Zwiedzania tego, co inne, co niezwykłe. Świat jest magiczny. Później była książka „Wabiła nas Afryka zachodnia”, w telewizji Tony Halik. Nastał czas kablówek i Discovery. Jeżdżę po świecie, kilka razy do roku. Raz dalej, raz bliżej. Prawie nigdy z biurami podróży. Prawie zawsze z mapą, przewodnikiem, rozmówkami i nadzieją na życzliwych tubylców. Zawsze przyjeżdżam z niedosytem. Zawsze nie mogę się opędzić od myśli, że tak naprawdę jeszcze nic nie znam, niewiele widziałem. Udało mi się zaszczepić bakcyla siostrze i Bąblowi, może kiedyś razem poznamy ułamek tego świata?

W nocy przenieśliśmy się do Bollywood. Na Canal+ kolejna superprodukcja hinduskiego kina „Gdyby jutra nie było”. Po „Czasem słońce, czasem deszcz” zakochałem się w ich filmach. Niestety, Canal+ podstawił głos tłumacza w piosenkach. Tego się nie wybacza – przecież te filmy ogląda się głównie dla muzyki, tańców, strojów. Jednak ten niewybaczalny błąd nie przeszkodził mi zaryczeć się totalnie. Prawie trzy godziny rzęsistego deszczu łez, spazmów, drgawek i tym podobnych przeżyć emocjonalnych. Bąbel miał ze mnie polewkę. Ja zalewkę. O 4 nad ranem poszliśmy spać, a mi śniły się pirogi peke – peke…

Marko

No i po wszystkim. Caaaały piękny boży dzionek zasuwaliśmy ze szmatami. Okna czyściutkie, wszystkie naczynia pomyte, nawet nie wspomnę o kurzach i piekarniku :) Dopiero zjedliśmy nasz pierwszy dzisiaj posiłek – zrobiłem pizzę z resztkami i był pyszna! Obaj padamy (Bąbel jeszcze podłogę w pokoju myje). Ja już też czyściutki, od Pana Męża trochę zalatuje, ale mam nadzieję, że podchlapkę jeszcze popełni dzisiejszego wieczoru??? Acha, skończyły mi się fajki, a nie ma komu po nie się wybrać, czyli najgorsza wiadomość dzisiejszego dnia.

Przedwczoraj w nocy przeczytałem 2 książki – „Cyfrową twierdzę” i „Zwodniczy punkt”. Fajne, lekkie i przyjemne kryminałki. Od nowego tygodnia biorę się za Coelho, ten to dopiero wymiata.

Od jutra biorę się ostro do pracy, ale rano czeka nas wycieczka do developera, mam nadzieję, że ostatnia do końca budowy. Zapisałem się też do Hospitality Club. Zajebiste miejsce na poznawanie (nie wirtualne) wielu ludzi oraz zaoszczędzenie kilku złoty, stąd właśnie, w lipcu ma odwiedzić nas dwoje Finów. Jeśli ktoś zna ten klub, gościł kogoś lub gościł u kogoś – wdzięczni będziemy za opinie.

Marko

O, zauważyłem, że bloga naszego nawiedziła mi moja rodzona… I oczywiście, co wcale mnie nie dziwi, przeczytała coś ciekawego (sama to pisze w komentach wczorajszych !!!!).

Fuck, wczoraj niespodziewanie zawitaliśmy u wcześniej opisanych Rodzynków. Skończyło się na tym, że dziś mocarny ból mojej najszlachetniejszej, najwyżej położonej i najczęściej ( :P ) używanej części ciała. Nic to, jeden dzień mniej w pracy… No nie żebym się zupełnie obijał, w domu sprawdziłem pocztę, ale że jako w niej nic ciekawego nie było, więc olałem resztę dnia i praktycznie całe popołudnie spędziłem objęciach. Morfeusza.

W domu pieprznik totalny, nawet nie wiem kiedy się zrobił. Dopiero przecież Bąbel ślicznie wysprzątał, a teraz jak po tajfunie. A propos Bąbla – właśnie zapanowała zgoda w naszej podstawowej komórce społecznej (czy jak to tam się nazywa). Tak więc obiecuję wszem i wobec, że do następnej kłótni zgoda będzie panowała :)

A poza tym, niech wszyscy wiedzą, że Bąbla i tak kocham, nawet jak się trochę pofochujemy :) A potem seks jaki jest fajniusi! Nic tak dobrze nie robi, jak prewencyjny foch co jakiś czas.

I tym podniosłym zdaniem żegnam wszystkich do następnego razu.

Hmmm…. w ogóle ta dzisiejsza notka cała jest jakaś taka wczorajsza… Jakoś nie mam weny. Przepraszam :P

Marko

… Nie pisałem. Dawno nie pisałem. Już mamy z Bąblem 3 cichy dzień z kolei. Ech, chyba ci, którzy w komentarzach dziwili się naszemu „wzorowemu małżeństwu” wykrakali…. Ale nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz takie rzeczy się nam przydarzają :) tylko trochę nudno, jak siedzimy razem i się do siebie nie odzywamy. Dobre chociaż to, że jak wracam z pracy, to Bąbel ma II zmianę i wraca po 23 i nie mamy za dużo czasu się nudzić :P . Jak się pogodzimy, to niezwłocznie napiszę! Kochamy się dalej, a w nocy się do siebie tulkamy (niby przez sen, ha, ha, ha…)

Co do wyjazdu, mamy już wstępny plan:
PEKIN – Zakazane Miasto, grobowce z dynastii Ming, hodowla pereł, Świątynia Nieba, Plac Niebiańskiego Spokoju
BADALING – Wielki Mur
XI’AN – Wielki Meczet, mury miejskie, Wielka Pagoda Dzikiej Gęsi, Armia Terakotowa
TAISHAN – przed nami 6660 stopni schodów do przejścia, na szczycie wielka świątynia, piękne widoki. Nocleg pod gołym niebem
YANGSHUO – stare, zapomniane przez świat (a tym bardziej nie odwiedzane przez turystów) chińskie wioski. Może uda nam się wprosić do tubylców, zobaczymy uprawy ryżu, herbaty, rybaków łowiących ryby „na kormorana”
LUOYANG – Klasztor Shaolin, las pagód, groty Longmen (100 000 wyrzeźbionych w skałach posągów Buddy)
NANJING – pływanie po Jangcy
SUZHOU – najpiękniejsze w Chinach ogrody, miasto z licznymi kanałami (chińska Wenecja), fabryka jedwabiu
LUZHI – podobno najładniejsza miejscowość w Chinach, tuż obok Suzhou)
SZANGHAJ – wieżowce, wieżowce, wieżowce. Chiński Nowy York

Jako, że na lotnisku Szermietjewo w Moskwie będziemy czekali na samolot do Pekinu ponad 7 godzin, mamy zamiar wytrzeć trochę bruk Placu Czerwonego w stolicy Mocarstwa. Ja już byłem w Moskwie – miasto przepiękne, warte zobaczenia, ale niestety z braku czasu mogę pokazać siostrze i Bąblowi tylko Krasnyj Płaszciad :P Jest tylko jedno małe ale… Od jutra zaczynam bój z ambasadą, kiedyś zaprzyjaźnionej Federacji o wizę tranzytową, ale podobno to wcale nie jest takie łatwe. Jak się nie uda, będziemy kombinować na lotnisku. Czasem ponoć się udaje, tylko przy odprawie trzeba włożyć do paszportu kilka $ :)

840cc7cdabde9e14med.jpg

No cóż, zobaczymy jak nam się nasze odkrywanie uda….

Marko

Drogi S

14 komentarzy

Widzisz, u nas wcale też nie jest cały czas tak sielankowo :) Oczywiście, mamy mnóstwo codziennych problemów, tak jak każdy. Wcale nie jesteśmy tak „bogaci”, jak Ci się może wydawać, a nasze podróże są po prostu naszą pasją, często okupione wieloma wyrzeczeniami. Mieszkanie wcale nie jest tak drogie (300 kawałków za 50 m2, z garażem, w Warszawie – sam policz), spłacamy co miesiąc raty, które znacznie ograniczają nasz budżet. Wyjazd do Chin czy Indii, własnym sumptem, jest niewiele droższy niż dobre wakacje w Polsce. Są to kraje bardzo tanie, samolot też można upolować (nasz kosztuje 2400 w 2 strony). Samochodu nie mamy. Jeździmy autobusami. Zajebistych ciuchów też nie, po knajpach nie biegamy, więc zawsze coś się uda zaoszczędzić. Od 3 lat prowadzę własną firmę, i uwierz mi, że nie raz i nie dwa było baaardzo ciężko. Wiem też, co to znaczy bieda. Jakiś czas temu ( ok. 4-5 lat temu) nie miałem pracy, mój ówczesny facet też nie. Mieszkanie mieliśmy zadłużone, dosłownie nie mieliśmy na jedzenie. Był czas, że przez dwa tygodnie jedliśmy ryż z cukrem, a kolejne 2 tygodnie już sam ryż, bo na cukier nie starczyło. Mamie wstydziłem się do tego przyznać, robiłem dobrą minę do złej gry… Teraz karta się odwróciła i nie mam zamiaru cierpieć z tego powodu.

Co do pożycia małżeńskiego, kłócimy się jak większość. Ba, czasem nawet o mało łbów sobie nie pourywamy, ale i ja, i Bąbel nie umiemy długo się na siebie gniewać, więc jakoś razem do przodu ciągniemy. A to, że to małżeństwo na całe życie??? Nie wiem. Może się rozstaniemy za pół roku, za 5 lat, może za 20 a może nigdy… Tego nawet najstarsi górale nam nie powiedzą, a po co my mamy się nad tym zastanawiać :P

Cieszę się ze swojego życia, faktycznie, staram się nie patrzeć głęboko w oczy problemom, skupiam się na tym co dobre i wesołe, taki mój mały sposób na szczęście. A co do „lansowania” i „gwiazdowania”, to pewnie mój błąd, bo pisałem to z dużą nutą ironii a widać, nie wyszło :)

Ósmym cudem świata nie jestem i daleko mi do „ciotki lansonierki” Mam baaardzo wiele niedoskonałości, ale przestałem się tym specjalnie przejmować. Może po prostu wyrosłem z tego???

Tak więc podsumowując: żywot mój bywa usłany różami, ale często bywa też usłany kolcami. Tylko po kiego grzyba skupiać się na tych kolcach? Czy nie mamy tego zbyt dużo na co dzień, dookoła siebie, w codziennym życiu? Umiem się cieszyć drobnostkami. Uśmiechem Bąbla, telefonem do mamy, fajnym filmem w telewizji, „dzień dobry” sąsiadki. To tak naprawdę jest sensem naszego życia.

Pozdrawiam cieplutko,

Marko

Yoko, specjalnie dla Ciebie:

1,1 kg kiwi,
1 cytryna,
1 limonka,
70 dag cukru,
10 dag galaretki z pigwy (lub jabłek).

Obrać kiwi najcieniej jak to możliwe. Usunąć stwardniałe części i pokroić na plasterki grubości 2 mm (powinno być ok. 90 dag owoców). Wycisnąć sok z cytryny do rondla, dodać 200 ml wody i cukier. Podgrzać, cały czas mieszając, aż cukier się zupełnie rozpuści. Zagotować i zostawić do momentu, aż całość lekko zgęstnieje (ok. 5 minut). Do mocno bulogotającego syropu dodać plastry kiwi. Wstrząsnąć porządnie rondlem – bez mieszania łyżką, aby nie naruszyć owoców. Gotować 2 minuty. Zdjąć z ognia i odstawić na noc.
Nazajutrz odcedzić owoce z syropu. Połowę (ładniejszą) odłożyć na bok, resztę zmiksować. Podgrzewać syrop przez 15 minut na średnim ogniu, dodać galaretkę z pigwy lub jabłek i wymieszać. Dodać zmiksowane kiwi i plasterki, następnie wlać sok z limonki. Smażyć 10 minut zbierając tworzącą się pianę. Zdjąć z ognia i odstawić po raz drugi do następnego dnia.
Postawić rondel na ogniu, zagotować i gorącą konfiturę przełożyć do wyparzonych słoików. Po czym szczelnie zakręcić szczelnie.

Wczoraj zrobiłem dżem ananasowo-bananowy, a jutro idę po markuje, będzie konfitura marakujowo-morelowa z dodatkiem marcepana i amaretto :)

Bilety do Chin już kupione, ale ja, jako ta starsza zrzędliwa ciotka, dostałem kaca, że jednak tyle kasy to nas będzie kosztowało… Ale co tam, najwyżej zęby na półkę do września :) Krzyś w euforii, siostra także, więc chyba warto. A poza tym, co zobaczymy, tego nam nikt nie odbierze. W przyszłym roku Indie i Grecja, a później dzika Kenia (zajebisty film „Biała Masajka” – POLECAM !!!

Hmmm, a ciekawe, kto mi mieszkanie spłaci… Dla pocieszenia dodam, że zostało jeszcze jakieś 300.000 :) ODWDZIĘCZĘ SIĘ ZAPASEM KONFITUR NA 10 LAT !!!

Kupiłem dzisiaj „Politykę” Na okładce wielki tytuł BÓJ SIĘ GEJA , a nim:
„(…) nie mówi się jedynie o seksualnym popędzie, lecz o potrzebach natury psychoseksualnej. Podkreśla się, że każdy człowiek poszukuje przede wszystkim związku emocjonalnego z drugą osobą, która jest dla niego atrakcyjna zarówno pod względem psychicznym, jak i fizycznym, oraz dąży do zaspokojenia w tej relacji pragnienia miłości, przynależności, poczucia bezpieczeństwa, czułości, jak również potrzeb natury erotycznej.”
Świetny artykuł, obala stereotypy, przedstawia istotę rzeczy oraz w jakimś stopniu tłumaczy przyczyny ciotkowania. POLECAM TAKŻE!!!

Jako nowy rozdział naszego wspólnego pożycia przedmałżeńskiego, związanego z wyjazdem do kraju środka, postanowiłem się wziąć za siebie i tak:

1. ćwiczyć swoje sadełko (zwane dalej sześciopakiem)
2. zarobić w końcu ten pierwszy milion
3. ograniczyć palenie
4. polubić wspólnika
5. sfinalizować zamówienie, dookoła którego plączę się jak smród po gaciach od pół roku
6. umyć wreszcie okna
7. wstawać rano do pracy
8. mniej oglądać TV

Dużo tego, ale do Chin muszę pojechać jako piękna, młoda i bogata ciotka z Polski, więc nie dziwcie się, jak im tam się oczka z wrażenia wyprostują :P

Marko

A u nas w dalszym ciągu nic się nie dzieje. Rano byłem z mamą w IKEI i kupiłem zajebiste słoiczki. Cały dzień smażę konfitury. Z kiwi, z moreli i truskawkowe. Zimą będzie pachniało u nas latem :) I to na nowym mieszkanku!!!

Marko

Widzisz Yoko, nie do końca mogę się z Tobą zgodzić. To nie jest tak, że do niedawna gejostwo nie było normalne. Mogło być co najwyżej tak odbierane. To było, jest i będzie, i zawsze, i wszędzie odsetek osób homo był mniej więcej podobny. Tym bardziej, skoro uważasz, że DO NIEDAWNA było to uważane za nienormalne, to znaczy, że jednak te parady są potrzebne. Trzeba rozmawiać o problemach, a nie zamiatać pod dywan. Czy przemoc rodzi przemoc? No cóż, i tak, i nie. Czy widziałaś podczas parady jakąś przemoc ze strony gejów? A ze strony Wszechfaszystów? Widzisz, ja nie należę do powszechnego stereotypu ciotki, co to najwyżej pudrem po oczach sypnie (zresztą w 99% błędnego). Ja po prostu ŻĄDAM tego, co mi się należy, czyli ogólnie rzecz biorąc szacunku. A jeśli ktoś go nie ma, to musi podać konkretny argument, a nie tylko „bo żeś pedał”. Doskonale rozumiem, że dla kogoś „lizanie się” dwóch facetów może być obrzydliwe. Tak, jak dla nas lizanie się z dziewczyną. Jednak publiczne „lizanie się” świadczy o braku kultury. Nie wiem jak Ty, ale uważam, że wszelkie zachowania seksualne są na tyle intymne, że powinny być tylko między dwojgiem ludzi, którzy się na to zgadzają (ewentualnie trojgiem, piątką, czy inną liczbą, ale warunek jest jeden – WSZYSCY muszą się na to godzić).

Myślę, że wzajemny szacunek należy się każdemu, kto ma inne zdanie, ale nie tym, kto bezpodstawnie obraża innych. Prosty przykład – dziś Boże Ciało – nie uśmiecha mi się stać w korkach, bo idzie właśnie procesja, ale ludzie mają prawo wierzyć. Mają prawo do swoich praktyk religijnych i nikt nie ma prawa im tego odbierać. Trzeba to uszanować. Ale czym innym jest brak szacunku do „moherów”, czyli fałszywych katolików, dla których bogiem jest księżulo – złodziej, siejący nienawiść oszust. Złodziej ( patrz Stocznia Gdańska, siejący nienawiść – antysemityzm, masoni, Żydzi, etc.). Jestem wierzący, aczkolwiek od kościoła (jako budynku, księży i właśnie moherów) odciąłem się dość dawno. W czasie kiedy byłem młodym nastolatkiem, widziałem już obłudę babć, które siedząc w kościele śpiewały jak na zawodach w ilości wydawanych z siebie decybeli, a zaraz po mszy obgadywały jedna z drugą wszystkich naokoło. Widziałem księży, którzy bez odpowiedniej wysokości „co łaska” nie chcieli pochować zmarłego (przypadek w mojej dalekiej, ale zawsze, rodzinie), widziałem księży, co nie chcieli pochować poronionego dziecka (płodu), bo nie jest on człowiekiem (a przy aborcji to już jest?). Owszem znałem też kilku fantastycznych księży, ale niestety jest ich chyba znacznie mniej, więc odciąłem się od tego całego kościoła, bo nie lubię jak mnie ktoś w trąbę robi. Nie ma mnie w kościele, ale w Kościele jestem nadal.

Szanuję ludzi, którzy nie chcą akceptacji homoseksualizmu, bo im religia nie pozwala, czy jakieś inne wartości, ale nie szanuję ludzi, którzy nas obrażają, zieją nienawiścią, bo to sprzeczne z naturą, z prawem bożym (notabene, czy taki prawdziwy katolik może ziać nienawiścią? Chyba jakaś sprzeczność). Czy normalne jest to, że rodzinka taka katolicka, a w niej:
a) alkoholizm
b) maltretowanie żony (męża, dzieci)
c) zdrady
d) seks przedmałżeński

Nie chcę nikogo oceniać, ale wydaje mi się, że więcej ma na sumieniu taki właśnie „katolik”, niż gej, który żyje uczciwie, nie krzywdząc innych.

Właśnie, może jestem prostym człowieczkiem, ale mam też prosty podział na ludzi dobrych i złych – świadomie kogoś krzywdzisz – jesteś złym człowiekiem, nikogo nie krzywdzisz – jest OK.

Tak więc nie mogę znaleźć żadnego racjonalnego argumentu, że geje są gorsi. Oczywiste jest, że zarówno wśród gejów jak i heretyków jest wielu skurwysynów, gwałcicieli, morderców, złodziei, pedofilów, oszustów itp., to nie ma najmniejszego sensu uogólnianie i jechanie stereotypami. Moja kochana babcia zawsze mawiała: „żyj i traktuj ludzi tak, jak sam byś chciał być przez nich traktowany”

Czego i Wam wszystkim życzę.

Marko

PS 1. Yoko, wielkie dzięki za Twój wpis, chociaż nie wyczuwam w Tobie „bezkresnej tolerancji”, to bardzo się cieszę, że należysz do tych ludzi, których szanuję :*

PS 2. Sorki wielkie za dzisiejsze moje wypociny. U nas nic ciekawego, totalne lenistwo (no, może oprócz tego, że moje tylno-dolne części ciała są całe obolałe przez poranne działania dolno-przednią częścią ciała mojego Bąbla) czyli masło maślane 

Do Naturalnego (komentator notki z 2007-05-25):
Tak, spuszczamy się sobie w tyłki, pijemy swoją spermę i to lubimy! Jeśli tego nie rozumiesz, Twoja sprawa, ale to nie znaczy, że możesz obrażać innych. I nie chodzi nawet o nas, ale o tych, co czytają tego bloga. Niestety, jesteś kretynem i świadomie Cię obrażam mały kaczoczłowieczku. Koło chuja mi lata, z kim się pieprzysz i wara Ci od mojego życia seksualnego, przynamniej dopóki nie jesteś jego częścią – a na to się nie zanosi. A co do tego, że jest to niezgodne z naturą, bo nawet pies psa nie dupczy tylko sukę, to również robienie laski przez dziewczynę jest niezgodne z naturą (przecież suka psu laski nie robi), jedynie słuszną pozycją seksualną jest misjonarska, a Ty jesteś tak naturalny, że chodzisz po mieście z gołymi jajami i srasz pod drzewo…

To tyle.

A tak poza tym, właśnie wróciliśmy jak po moim wstępie zdążyliście zauważyć :P

Paryż jest cudowny, urokliwy, piękny. Tysiące uliczek, kamieniczek, zabytków, nowoczesnych budowli, naleśnikarni, sklepów z serami, owocami morza, gwar turystów, zapach kadzidła w Notce Dame… Coś niesamowitego. Zwiedziłem już praktycznie całą Europę i spory kawałek świata, ale Paryż zrobił na nas wrażanie. Miałem nienajlepsze zdanie o francuzach, ale oparte jedynie na tym, co usłyszałem od innych. W rzeczywistości są przesympatyczni, w większości świetnie znają angielski, są bardzo pomocni i tolerancyjni. Pełno czarnych, żółtych, Hindusów, Żydów, wszyscy żyją obok siebie, nikt nikomu nie przeszkadza. Nie ma tam „Naturalnych”. Po ulicach chodzą trzymające się za ręce pary damsko-damskie, damsko-męskie, męsko-męskie… Nie wzbudzają sensacji.
Z Bąblem leżeliśmy przytuleni pod Wieżą Eiffla, spacerowaliśmy trzymając się za rękę. Nikt, ale to NIKT nie tylko nas nie zwymyślał, pobił, wyzywał, ale nawet się za nami nie odwrócił. Ani dzieci, ani młodzież, ani dorośli, ani staruszkowie. Zero reakcji, tak, jakbyśmy czytali gazetę czy gadali przez telefon. Nie ma tam „Naturalnych”

Niestety, żeby nie było tak różowo, pogoda trochę nam nie dopisała, zdarzały się przelotne deszcze, ale dzięki temu mieliśmy pretekst, żeby poczuć klimat paryskich kafejek. O Paryżu przypominają nam jeszcze odciski na stopach i śmierdzące buty (już są wyprane, więc nie śmierdzą :P a jak się chodzi w przemoczonych butach cały dzień, to niestety, żadna ciotka pedantka przed tym się nie uchroni :D)

W tym roku jeszcze obiecałem pokazać Panu Mężowi kawałek Włoch, no i oczywiście prawie miesiąc w Chinach :), ale to dopiero we wrześniu…

Marko


  • RSS