on-i-on blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2007

on-i-ona

5 komentarzy

Goście, goście, goście…. Już się trochę zmęczyłem, a tu dopiero półmetek… Weekend zaczął się tradycyjnie, w piątek po południu. Przyjechał kolega z Krosna, wieczorem Czarki i jeden z Rodzynków (niestety, a właściwie na szczęście, dalej będzie występował już tylko jeden Rodzynka). Bąbel wysprzątał pięknie kuchnię, którą do wieczora trzy razy udało mi się doprowadzić do stanu mniej więcej opisującego naszą politykę. Lub przybytku płatnych rozkoszy dla ciała. Nic to. Tiramisu było, blok czekoladowy też i spaghetti, a jakże… Po nieprzyzwoitym obżarstwie i pokrzepieniu serc i dusz wodą mineralną zawierającą 40% poprawiacza humoru, obudziliśmy się następnego dnia rano (oczywiście „rano” może być tylko semantycznym nadużyciem, biorąc rzeczywistą godzinę powstania naszych zwłok). Szybkie śniadanko i wypad na Pola Mokotowskie. Rodzynka poznał nas z zajebistymi ludźmi – parą (on-i-ona!), z którymi był w Paryżu. Ciąg dalszy naszej znajomości już po naszym powrocie. Rodzynkę zatrudnię chyba jako mojego managera :P W reklamie mojej kuchni jest niezrównany, dzięki czemu coraz częściej mamy najróżniejszych gości, żądnych moich dań. Stąd też ciąg dalszy znajomości z ww parką – ustawiliśmy się u nas na imprezkę urodzinową po naszym powrocie (K…. już stawiam trzeci krzyżyk!!!!).

Wczoraj weekend się skończył pielgrzymką po Arkadii – Rodzynka nabył nowy telefon, a ja zostałem szczęśliwym posiadaczem dwóch par spodni a Bąbel ładnych bucików. Wieczorem padłem jak kawka, usnąłem szybciutko, za to obudziłem się rano z jakimś dziwnym bólem w dolno-tylnich częściach mojej szlachetnej osoby. I żeby nie było, nie chodzi o pięty. Muszę chyba z Bąblem poważnie porozmawiać….

Wyjeżdżamy za 9 dni…

Marko

Dawno niepisany blog staram się usprawiedliwić ciągłymi wizytami naszych znajomych oraz rewizytami. Myślałem, że nie dożyję tych czasów, kiedy każdy z każdym będzie się w koło zapraszał na kawki, obiadki i inne doczesne przyjemności brzuchowe. Ale przynajmniej czas sympatycznie leci a my korzystamy z tymczasowej popularności z powodu naszego zbliżającego się szybkimi krokami wyjazdu. Legitymacje ISIC już zamówione, wizy chińskie wbite w paszporty, które teraz czekają w ambasadzie na wizy rosyjskie, dolary kupione, plan podróży opracowany, mapy przestudiowane. Co do wyjazdu, to ja najbardziej nie mogę doczekać się tamtejszej kuchni. Przedsmak tego jest w najnowszym numerze „Poznaj Świat” a fragment cytuję poniżej:

Dookoła świata w poszukiwaniu najdziwniejszych potraw
Przystanek 3. Chiny. Psa zjeść jesienią

Autor: Maciej Moszczyński

Chińczycy w błyskawicznym tempie podbijają świat, będąc przy tym zamknięci na obce wpływy. Przemierzamy ich ojczyznę, by poznać podstawy tej ciekawej kultury. Przyjeżdżamy na początku października, niedługo rozpocznie się sezon na psy.

Pekin to stolica kulinarna Azji. Miasto jest pełne ulicznych knajpek, serwujących dania ze wszystkich prowincji kraju. Na przedmieściach, w miejscach odwiedzanych głównie przez najbogatszych mieszkańców, znajdziemy restauracje podające wykwintne międzynarodowe specjały: zupę z płetwy rekina, wargi jelenia czy garb wielbłąda. Naszą faworytką jest jednak niedawno powstała restauracja penisowa, położona nad Jeziorem Zachodnim, nieopodal Pekinu.
W menu lokalu znajduje się ponad 40 dań opartych na 30 rodzajach penisów. Jak twierdzi Zhu Jinglong, właściciel lokalu, najlepiej sprzedają się genitalia bawołów, lam, jaków, osłów i psów. Ceny dań wahają się znacznie – od 10 dolarów za potrawkę z genitaliów bawołu po 517 dolarów za wykwintną zakąskę ze sprowadzanych na zamówienie penisów fok kanadyjskich. Wszystkie dania przygotowywane są według najlepszych prawideł kuchni północnych Chin. Potrawy są mocno doprawione, lekkie i elegancko podawane.
Wieczorem warto odwiedzić słynne nocne bazary niemal w centrum miasta. Codziennie po zmroku przy słabo oświetlonych stoiskach kłębi się tu mnóstwo wygłodniałych tubylców oraz ciekawskich turystów. Czekają na nich nie lada frykasy: skorpiony, stonogi, rekiny, rozgwiazdy. Nadziane na patyki wystarczy szybko usmażyć w woku pełnym gorącego oleju, polać niezwykle aromatycznym sosem rybnym i gotowe.

Po co do Bodzou

W połowie drogi z Pekinu do Szanghaju znajduje się Bodzou.
Według przewodnika „Lonely Planet”, wysiadając na stacji kolejowej Bodzou i wkraczając do miasta, człowiek zastanawia się… po co tu przyjechał. Dla przeciętnego turysty musi być to rzeczywiście miejsce wybitnie nieprzyjemne. Dla nas jednak, nieugiętych poszukiwaczy dziwnego jedzenia, miejsce to jest jednym z najważniejszych celów podróży.
Zatrzymujemy się w hotelu położonym na skraju dzielnicy będącej największym w Azji targiem medycyny naturalnej. Olbrzymie hale wypełnione są po sufit suszonymi na ulicy ziołami, przyprawami oraz zakonserwowanymi szczątkami zwierząt: węży, jaszczurek, żółwi, jeleni. Dla Chińczyków prawie wszystko ma swoje lecznicze właściwości. Z powodu bariery językowej nie udaje się nam jednak rozszyfrować pochodzenia ani zastosowania większości specyfików. Możemy je nabyć na jednym z tysięcy straganów wokół hal.
Mieszkańcy, odurzeni oparami chińskiej medycyny, są uśmiechnięci i rozleniwieni. Beztrosko zajadają się pieczonymi zającami, grillowanymi kurzymi embrionami i zupą z psa. Piją ohydne wino z ryżu o mocy 65 procent, a potem wsiadają na swoje trójkołowce, rozklekotane rowery, do trąbiących taksówek i kopcących jak lokomotywy ciężarówek. I jeżdżą w kółko po szerokich ulicach swojego szybko rozwijającego się miasteczka.
Mimo iż mamy dosyć wszechobecnego fetoru, a hałaśliwi taksówkarze nie dają nam spać, jesteśmy pewni, że warto było zejść z utartego szlaku i odwiedzić to przedziwne miejsce.

W Yangszuo za nosem

Zmęczeni podróżą i poznawaniem metropolii decydujemy się odpocząć w jednym z najpiękniejszych miejsc w całych Chinach. Miasteczko powstałe na miejscu maleńkiej wioski jest przecięte rzeką Li. Dookoła otaczają je malownicze pola ryżowe oraz charakterystyczne, regularne wzgórza, porośnięte tropikalną roślinnością. Niemal przez cały rok jest tu zielono i ciepło.
Następnego ranka wyruszamy w poszukiwaniu miejscowych specjałów. Po przejściu przez główne ulice miasteczka jesteśmy zszokowani. To nie Chiny! Mijamy kolejne szkoły językowe, hotele i puby z bilardem, serwujące angielskie śniadania, hamburgery i rybę z frytkami. Można powspinać się na skałkach, polatać balonem, zrobić sobie zdjęcie z wielbłądem.
W końcu, zrezygnowani, kierując się jedynie zmysłem powonienia, docieramy na ukryte lokalne targowisko nieopodal centrum miasteczka. Trafiamy w dziesiątkę. Smród palonej sierści okazuje się pochodzić ze straganów mięsnych sprzedających poćwiartowane psy. Tuż obok, w sąsiedztwie butli z gazem, ustawione są klatki z upchniętymi wewnątrz, czekającymi na swoją kolej, wciąż żywymi czworonogami. Udaje się nam wytrzymać tam jedynie kilka minut. Wybiegamy na dwór, z trudem powstrzymując się od wymiotów.
Jak się dowiadujemy od naszych podopiecznych, właśnie rozpoczął się sezon na psy. Jest jesień. Chcąc spokojnie przetrzymać nadchodzące chłody, dobrze jest porządnie się najeść wysoce energetycznego psiego mięsa.

dda2faac01a5224b.jpg3bb67d668764b1fb.jpgto są właśnie owe pieski…

Tradycja spożywania penisów wywodzi się z medycyny starożytnych Chin. Według niej jedzenie penisów jest tym samym, czym dzisiaj łykanie tabletek Viagry. Szczególnie cenionym, legendarnym wręcz daniem była zupa ugotowana na bazie penisa tygrysa. Dzięki podwyższaniu poziomu „yang” (męskości, aktywności) stała się podstawą profilaktycznej walki z impotencją i bezpłodnością. Praktyki te zostały jednak zakazane. Po apelach Towarzystwa Ochrony Zwierząt w 1996 roku władze chińskie, w ramach programu ochrony ginących gatunków zwierząt, zdecydowały się wprowadzić zakaz sprzedawania kontrowersyjnego specjału.

Tradycyjna chińska zupa z penisa wołu

Penis, jako bardzo szanowany specjał, zasługuje na specjalne uznanie. Dlatego też stanowi jedyną bazę zupy. Nie dodaje się innych mięs ani tym bardziej warzyw.

Składniki (cztery porcje)
• penis wołowy
• szklanka octu ryżowego
• dwa litry wody
• przyprawa pięć smaków (lub mieszanka goździków, cynamonu, kwiatu pieprzowego, gwiazdek anyżu i kopru włoskiego)
• sól.

Sposób przygotowania
Najpierw w celu usunięcia zbyt mocnego zapachu penis rozcinamy wzdłuż, wkładamy do miski i zalewamy octem. Moczymy około dziesięciu minut, następnie ocet wylewamy, a mięso płuczemy pod bieżącą wodą.
Tak przygotowany penis wkładamy do garnka i zalewamy gorącą wodą. Dodajemy przyprawy. Doprowadzamy do wrzenia i gotujemy na bardzo wolnym ogniu przez półtorej godziny do dwóch. Podajemy od razu. Smacznego!(…)’’

6e4a98e6d090faa1.jpgTak wyglądają szaszłyki z penisków wołowych. Mniam

Oj, będzie się działo….

A tak poza tym, to nie wiem, czy dożyję tego wyjazdu, bo może jeszcze tej nocy zginę z rąk swojego Pana Męża – Bąbel od dłuższego czasu zapuszczał włosy, które miał sobie czesać „najmodniej na świecie” Włosy już tak bardzo urosły, że postanowiłem, że mu lekko podetnę z tyłu końcówki, a głowa nabierze ładnego kształtu. Miałem podciąć centymetr, może dwa. I obciąłem. Ale trochę krzywo. Więc zacząłem równać. Równałem z tyłu, z boku, u góry. Potem grzywkę. W końcu musiałem wziąć maszynkę do golenia… Teraz jest łysy jak kolano. W pierwszej chwili myślałem, że mnie zastrzeli, teraz siedzi cały czas w czapeczce i nawet nie chce mnie przytulić…. Mówi, że jest kara. W przeprosiny zrobiłem mu bułeczki faszerowane kurczakiem z pieczarkami i zapiekane z serem, trochę humorek powrócił, więc może nie będzie tak źle :) Dla mnie i tak jest piękny, teraz nawet taki męski się zrobił :P

Wyjeżdżamy za 18 dni…

Marko

Przewielebny Ojciec Dyrektor Radia Jedynie Prawdziwego miał rację. Szamba nie należy nazywać perfumerią. O tym przekonałem się naocznie, naręcznie i nanosowo w dniu dzisiejszym we własnej łazience. Na godzinę dziewiętnastą mieliśmy zaproszonych gości. Ale o szesnastej, nasz wspaniały sedesik odmówił posłuszeństwa. Obraził się na mnie, czy co, ale zaczął pluć po całym przybytku swoją zawartością. Naszą i chyba wszystkich sąsiadów z całego pinu… Walka trwała dwie godziny. Sukces nie był do przewidzenia, a szala przechylała się raz na moją, raz na sedesika stronę. Całe moje wspaniałe ciało mieniło się we wszystkich odcieniach brązu z modnym dodatkiem zgniłej zieleni. Pachniałem na pewno nie perfumerią. Podłoga pokryta kilkucentymetrową warstwą zawartości chyba wszystkich sedesów z okolicy niczym nie różniła się ode mnie. Bąbel w pracy, ja w gównie… Ot ci sprawiedliwość. A na „proszoną” kolację czekała do upieczenia tarta z ricottą, szpinakiem i orzeszkami pinii.
No ale nic to. Ze wszystkim się uporałem, sedes skapitulował i ogłosił bezwarunkowe poddanie. Bąbel wrócił i dokończył sprzątanie łazienki. Poszła cała butelka wc-kaczki (chciałem użyć drugą, ale, że była bliźniacza do tej pierwszej, więc się bałem ze względów politycznych), jakiś cuda antybakteryjnie i inne bliżej nieokreślone płyny. Moja kąpiel trwała też nieco dłużej niż normalnie, a zapach mój, jak i łazienki coraz bardziej zbliżał się do perfumerii…

Całe szczęście, że wyżej wspomnianą tartę miałem przygotowaną wcześniej i na 19 zdążyłem:) Byli u nas Beatka z Czarkiem, superowe małżeństwo, które docenia moją kuchnię :P Tartę podałem z lodami…. parmezanowymi… Dziwne, ale smaczne. Zimne i kremowe lody, dosyć słone i pieprzne – tarta gorrrrąca i krucha, z równie gorrrrącym farszem, delikatnym, ale zdecydowanym i z obowiązkową spieczoną serową skórką… Wszystkim smakowało, nawet Bąbel, który nie znosi szpinaku zjadł dwa kawałki (choć twierdził, że je trawę, ale słowa przeczyły szybkiemu pałaszowaniu.

Bąbel zresztą ostatnio cały czas na mnie narzeka. Nie wiem o co jest obrażony, ale się prawie do mnie nie odzywa. Piszę prawie, bo czasem coś bąknie, czasem nawet stara się zażartować, chyba sam nie wie o co się pogniewał i teraz mu głupio :P Ale Marko jest cierpliwy… tylko przez to wszystko mam permanentny ból prawej ręki… Coś jednak czuję, że jutro wszystko wróci do normy.

Czarek z Beatą ostatnio często do nas wpadają. Synka wyprawili z dziadkami na wakacje, więc mają czas i chęci. Czarek jest smakoszem włoskiej kuchni, Beata lubi prawie wszystko, więc lubię ich przyjmować chociażby z czystej próżności :P Ostatnio zrobiłem ulubione danie Bąbla – drożdżowe, smażone pierogi z farszem z sera i szynki. W niedzielę przyjdą na lasagne…

No dobra, kończę pisać, bo znowu zaczynam się chwalić i jeszcze w samouwielbienie popadnę. Jeden narcyz w domu wystarczy ( i to wcale nie jestem ja!!!)

Marko

PS. WASAN, miałeś pecha, dobre obstawienie, ale zły strzał :P


  • RSS