on-i-on blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2007

Na wielkie niestety już znowu w IV RP. Chiny nas w sobie rozkochały. Chińczycy również. Przesympatyczni, bardzo pomocni ludzie, angażujący się zawsze i wszędzie w pomoc drugiemu człowiekowi. Zderzenie super cywilizacji z zupełnym jej brakiem, najwyższych budynków świata z maleńkimi klitkami dla ludzi, poprzykrywanymi szmatami, bogatych z biednymi, zapachów zupy won-ton ze smrodem rozkładających się resztek. Państwo nie tylko Środka, ale także rowerów, skuterów, miliona herbat, pałeczek, tajemniczych hutongów. Tak nam się ten kraj kojarzy. I pewnie jeszcze długo będzie się kojarzył, bo takich wyjazdów się nie zapomina.

A teraz kilka konkretów:
Ceny – za 4-5 pln można zjeść wspaniały, dwudaniowy obiad
Język – konieczne rozmówki, mapy tylko z podwójnymi nazwami – po angielsku i chińsku
Kuchnia – pyszna, w każdym regionie inna, lepiej jednak nie wnikać co się je
Pałeczki – wbrew pozorom bardzo łatwe w obsłudze.
Pociągi – zaskakująco przyzwoite, dużo lepsze niż europejskie PKP
Klimat – na północy bardzo ciepło i sucho, na południu gorąco i parno
Pamiątki – na każdym kroku, za grosze
Największe zaskoczenie – małe breloki z pływającymi, żywymi rybkami

I na skróty:

W Xi’an, mieście otoczonym wielkimi murami, znajdują się wspaniałe zabytki. Wieża Bębnów, pagody Wielkiej i Małej Dzikiej Gęsi, w okolicy Armia Terakotowa. Co do Armii, zdania są podzielona. Jednych zachwyca, inni są rozczarowani. My należymy do tych pierwszych. Tysiące glinianych żołnierzy, naturalnego wzrostu robi wrażenie…

Louyang – miasto mało ciekawe, ale za to w odległości ok. 30 km same perełki – cudne klasztory, pełne klimatu i ducha maoistycznego. Najpiękniejszy, Klasztor Shaolin – wielki kompleks, z licznymi świątyniami, pagodami i mnichami. Najciekawszy jest Las Pagód – na niewielkim obszarze umieszczono kilkaset niewielkich, ale prześlicznych pagód. Ogromne wrażenie robią również pokazy kung-fu i akrobacji. Adepci, a właściwie kandydacie na mnichów robią rzeczy sprzeczne z prawami fizyki oraz sprzeczne z budową anatomiczną człowieka.
W innym kierunku od Louyang, ok. 15 km od miasta, w Longmen znajdują się fantastyczne groty. Na długości ok. 2 km, w pionowej skale wysokości kilkunastu metrów, wyrzeźbiono tysiące grot, a w każdej z nich posąg Buddy. Posągi od kiku cm do kilku metrów wysokości robią wrażenie.

Szanghaj – siostrze się nie podobał, ja i Bąbel zachwyceni. Najlepiej wygląda w nocy, kiedy każdy wieżowiec żyje. Świetlne, animowane reklamy z neonów na prawie każdym budynku, Prawie 450 metrowa wieża – Perła Orientu, świecąca w różnych kolorach… Kicz? Na pewno tak. Prawie jak amerykański. Jednak wszystko do siebie pasuje, stwarza swoisty klimat, zupełnie nie chiński…
W Szanghaju nie obyło się bez paniki. Okolice Szanghaju nawiedził największy od 10 lat tajfun. Ewakuowano ponad 2 miliony mieszkańców, wiele obszarów zostało zalanych. Jednak ta panika nie była w Szanghaju, a w Warszawie. Panikowała nasza mama, która o kataklizmie dowiedziała się z telewizji. U nas faktycznie, były w hotelu ostrzeżenia o tajfunie, ale tak naprawdę, w centrum tylko popadało. Cały dzień łaziliśmy na zakupach i najgorsze, co nas spotkało, to przemoczenie do suchej nitki :)

Z Szanghaju mieliśmy 2 wypady – Hangzuo, miejscowość uznawana za najpiękniejszą w Chinach. Niestety, ale pogoda nam nie dopisała. Przez połowę czasu padał deszcz, nie był duży, ale upierdliwy. Na szczęście nie przysłonił nam przepięknych ogrodów, olbrzymich połaci jeziora pokrytych przez lotosy, palm bananowych i starych, fantastycznych pagód.

Drugą, co do urody miejscowością w Chinach jest Zhouzhuang, czyli tzw. Chińska Wenecja. Miasteczko bardzo ładne, faktycznie mnóstwo kanałów, ale chyba zbyt czyste i „kurortowe”. Zobaczyć warto, ale dłużej niż kilka godzin nie ma po co zostawać.

I po 3 tygodniach wrażeń nastał czas powrotu. Powrotu, który trwał 40 godzin. Najpierw najszybszym pociągiem świata (ponad 430 km/h) dojechaliśmy na lotnisko w Szanghaju. Sporo lotnisk na świecie widziałem, ale to, zrobiło na mnie największe wrażanie. To nie było jak lotnisko europejskie czy amerykańskie. To lotnisko było światowe. Na samolot do Pekinu czekaliśmy 6 godzin. Poszliśmy coś zjeść, połaziliśmy bez celu, a gdy dopadła nas nuda graliśmy w karty. Wreszcie nas samolot. 2,5 godzinki lotu i jesteśmy w Pekinie. My jesteśmy, ale naszych bagaży nie… Wreszcie okazało się, że nasze plecaki są w drugim terminalu :) Jeszcze tylko 12 godzin do odlotu do Moskwy. Ok. 6 godzin przesypiamy na ławkach, potem czas jakoś leci. Wymęczeni wsiadamy do upragnionego samolotu. Prawie 9 godzin i jesteśmy w Europie. Lotnisko Szermietowo, chyba jakiś swoisty pomnik komunizmu, wita nas tłumem ludzi czekającym do odprawy. Ludzi z kilku samolotów, a okienek chyba 3! Rezygnujemy z odprawy i idziemy bezpośrednio do tranzytu. Na gadce z nieznajomymi upływa nam kolejne 6 godzin i wsiadamy do lotowskiego samolotu, który zawiezie nas do Warszawy. Na pokładzie polska obsługa, polskie gazety, polskie jedzenie. Komisyjnie przestawiamy zegarki na czas polski. Mój Rolex (kupiony w Pekinie za jakieś 8 pln) wskazuje 22:30. Lądujemy, odbieramy bagaże i …. Zaproszenie od celników… Na szczęście nie przyczepili się, że tam jedna flaszeczka za dużo się znalazła i możemy już iść na powitanie z mamą.

Co do bagażu, to co samolot to mieliśmy stracha. Jako bagaż główny, mieliśmy kulturalnie po plecaku nie przekraczającym 20 kg. Natomiast pamiątki musieliśmy zmieścić w: 2 plecaczkach małych, dwóch wielkich torbach (takich, jak ruskie na stadionie mają) i dosyć sporej torbie podróżnej. Jak nas z tym wpuścili do 3 po kolei samolotów, nie mam pojęcia. Grunt, że D O L E C I E L I Ś M Y!!!

Ale, żeby nie było tak słodko, po powrocie kilka niemiłych niespodzianek.
Rodzynek ciężko chory, nie wiadomo, czy nie wyląduje w szpitalu. Dodatkowo coś z nim się dogadać nie można, mam wrażanie, że jakaś depresja go dopadła, nawet o chorobie nie chce za wiele mówić. Nie naciskam, może sam powie coś więcej, jak się spotkamy. Szkoda chłopaka, jest świetnym gościem, ale nikogo oprócz nas nie ma. Nawet na dobre słowo od swojego byłego liczyć nie może… Ach te męsko-męskie rozwody…

Druga sprawa, to ta, że muszę na gwałt szukać biura. Z tego, które wynajmowaliśmy w TBS Bemowo, zostaliśmy wyeksmitowani. Powodem jest to, że Bemowo połączyło się z Bielanami i potrzebują miejsca dla swoich ludzi. Szkoda tylko, że rozwiązanie umowy najmu zostało przeprowadzone niezgodnie z jej warunkami. Rozważam złożenie sprawy do sądu…

Ale na koniec coś weselszego. Dzisiaj stukają mi 29 urodzinki. Ostatni rok będę dwudziesto-kilku latkiem i zamierzam to hucznie świętować. Sporo znajomych zaprosiłem na chińszczyznę :)

Ale się dzisiaj rozpisałem, mam nadzieję, że komuś się spodoba. Zdjęcia może jutro powrzucam.

Marko

Oj ciezkie jest podrozowanie po Chinach.Jazdy zaczynaja sie podczas kupowaia biletu.Jak do tej pory spotkalismy moze 5 osob,ktore jako tako mowia po angielsku. Normalnie nie rozumieja nawet Coca-cola… Ale jest pieknie. Mur Chinski robi niesamowite wrazenie, ma natomiast jedna wade… bardzo dluuuuugie i strooome schody.
Po Pekinie poruszalismy sie caly czas na rowerach,a jako,ze ruch jest prawostronny tylko teoretycznie, juz drugiego dnia wjechal mi pod kola facet z przyczepka. Tlum gapiow, pogiete kolo(nie moje) i ktos zadzwonil po policje. Na cale szczescie stalo sie to pod szkola jezykow obcych, wiec jakac nauczycielka angielskiego nam pomogla. Policja przyjechala na 3 motorach, 6 gliniarzy. Myslalem, ze reszte wyjazdu spedze w jakies 100 osobowej celi, ale oni nie zamienili ze mna ani jednego slowa. To tamten jechal pod prad, wiec mojej winy nie bylo. Ufff pojechalismy dalej, do Palacu Letniego nad pieknym jeziorem.

Teraz jestesmy w Xi’an i wybieramy si do Armii Terrakotowej. Wszedzie to jest pieknie, kolorowo, egzotycznie, glosno i… smierdzaco. Zarelko jest na kazdym kroku, wszedzie co innego i wszystko prawie za darmo. Z oryginalniejszych potraw, ktore jadlem do tej pory to:

-pies
-szaszlyk z czegos dziwnego
-cos jeszcze dziwniejszego
-dla odmiany cos dziwnego, ale nie na ostro
-100 letnie jajko
-slodycze, ktore sa tu obrzydliwe i w niczym nie przypominaja slodyczy
-kacze lapki
-kociolek mongolski – pyyyycha!!!!

Lece budzic dzieci i jedziemy dalej

Marko

Hejka,

buziaki, caluski i gorace pozdrowienia z przep, prze, przepieknego Pekinu. Aczkolwiek czujemy sie jak analfabeci (kilka slow po angielsku mowi mooooze co 20 osoba), nawet na lotnisku nie moglismy sie dogadac… Teraz wiem, co znaczy najpopuklarniejszy jezyk na swiecie – mandarynski… Ale nic to. Jest super, cociaz padamy ze zmeczenia. Z Moskwy mielismy wyleciec o 22:15, ale wylecielismy o … 7:00 dnia nastpnego. Mielismy dostac hotel, ale skonczylo sie na tym, ze dostalismy tylko talony na 33 euro do knajpy :) Cale szczescie, ze po miescie platalismy sie do 1 w nocy, wiec jakos czekanie na lotnisku przezylismy. Na mioejscu, w Pekinie og. sobie radzimy, mieszkamy w bardzo eleganckim, bardzo drogim jak na chinskie warunki hotelu, za cale… 18 USD za osobe/noc. Zwiedzilismy juz Plac Tiananmen, Zakazane Miasto i Swiatynie Nieba. Jutro jedziemy do Badalingu na Wielki Mur a wieczorem do opery. W zasadzie z niczym nie ma problemu, jedzenie najlepsze jest w najbardziej obskurnych knajpach dla tubylcow. Dzis jadlem swojego wymazonego pieska (gotowany, pokrojony w male kawaleczki. Smakuje jak bardzo miekka, delikatna wolowina. Nastepnym punktem byly jakies ptaszki, smazone w calosci. Byly tak malenkie (od kupra do dzioba mialy ok. 3-4 cm), ze jadlo sie je z calym dobrobytem w srodku. Narazie nie bede sie rozpisywal, u nas juz po 2 w nocy a jutro musimy rano wstac. Postaram sie pisac cos na biezaco.

Marko

Już jutro… Cieszymy się ogromnie. Wszyscy jesteśmy podekscytowani. Bąbel jeszcze w Łowiczu (u rodziców), wraca przed 22 i będziemy się pakować.

Ja już jestem zdrowy, choć muszę brać antybiotyki. Pan Mąż po ostatniej awanturze jest znów najcudowniejszym Panem Mężem na świecie… Jesteśmy pełni optymizmu, pogoda w Moskwie – bez deszczu, ok. 20 st. C, w Pekinie – 0 chmur, 31 st. C. Przed nami przygoda życia :)

Jutro o 11:00 odrywamy się od ziemi.

W miarę możliwości, będziemy starali się umieszczać jakieś notki na gorąco, a tak, czy inaczej, po powrocie obiecuję obszerną relacje i fajne fotki :)

I jeszcze jedno. Moja siostra opiekuje się dwójką dzieciaczków – jedno ma 3 miesiące, drugie 3 latka. Dzisiaj byłem razem z nią i dzieciakami na spacerze. Dzieciaki cudowne, nawet trochę złapałem doła, że ja będę bezdzietny…. Szkoda, ale cóż, mam nadzieję, że będę miał kiedyś możliwość opiekowania się dziećmi siostry… Czyżby budził się we mnie instynkt ojcowski???

Do zobaczyska,

Marko

Wylot za 13 godzin 51 minut

Oj, huczny to był tydzień… najpierw wielka awantura w domu. O mały włos, Bąbla by już nie było. Już był spakowany, do weekendu miał się wyprowadzać. To info dla tych, którzy sądzą, że u nas to tak sielankowo się żyje :) Ale już jest dobrze. Wyjątkowo dobrze, więc chyba czasem jest potrzebna taka burza dla oczyszczenia atmosfery. Po tym, jak już rajski pokój zadomowił w naszym stadle, Bąbel rzucił pracę. I też dobrze. Z pracy przynosił grosze, ale w promocji dostał nerwicę i wrzody żołądka (nerwica stwierdzona przez lekarza…) więc suma sumarum kiepsko na tym wychodził. Oczywiście, jak to na znerwicowanego pracownika przystało, pracę rzucał z hukiem :) Chyba nawet złoży pozew do sądu o odszkodowanie (mobbing i doprowadzenie do nerwicy).

Wreszcie i my zostaliśmy zaproszeni na obiad, nota bene bardzo smaczny obiad u Czarków. Dla zrelaksowania się po flaszeczce wódeczki na łebka, do tego winko, sangria i…. niech każdy sam sobie dokończy. Na domiar wszystkiego złapałem anginę. Umierałem dziś całą noc, migdałki aż biało – zielone się zrobiły, więc jutro chyba trzeba się do lekarza wybrać. Lipa, mam nadzieję, że do czwartku się wykuruję. W końcu….

… lecimy już za 4 dni :) :) :)

Marko


  • RSS