on-i-on blog

Twój nowy blog

Mamy psiaka!!! A właściwie maleńką, śliczną, czarną suczkę.
Psiak jest niesamowity, mimo, ze dopiero w niedzielę kończy 5 tygodni, już  załatwia się na gazetę. Jest rozkoszna. Albo się bawi, albo śpi, albo sika… Lejek z niej niesamowity – leje dosłownie co kilka minut i co kilka minut pije… Przylepa niesamowita, ma mnóstwo energii i cały czas się by się bawiła. Nie wiem, jak będzie później, ale teraz lubi zwracać na siebie uwagę wszystkich i to ona musi być najważniejsza. Kocha jeść i trzeba bardzo uważać, żeby się nie spasła, dlatego ma jedzonko wydzielane, a po skończonym posiłku rozdziela się przeraźliwy pisk, że było mało. Po weekendzie idziemy z nią do lekarza na pierwsze szczepienia i powoli zaczniemy z nią wychodzić na dwór. Na razie jest taka słodko-pokraczna, biegać jeszcze nie umie, ale skacze jak zając. Czasem się przewraca, potyka i wtedy robi takie komiczne minki. Jak coś chce, to potrafi piszczeć przeraźliwie, jakby kto ją ze skóry obdzierał, ale wystarczy, że się nią zajmie, już jest szczęśliwa.

Ja dalej uczę się jeździć. Idzie mi coraz lepiej, czasami czuję się za kierownica jak ryba w wodzie, ale czasem mam gorszy dzień i wychodzi taka lipa jak wczoraj… Wczoraj jakoś jazdy mi nie szły, byłem rozkojarzony i robiłem sporo błędów. Mam nadzieję, że dzisiaj będzie lepiej.

Bąbel dużo pracuje, nawet w niedziele musi iść do pracy, więc dla siebie nie mamy dużo czasu, a i na obowiązki małżeńskie jakoś mniej chęci… U mnie z kolei, z początkiem roku jest tej pracy za mało (dopiero teraz zaczyna coś się ruszać), więc staję się kurą domową i albo się nudzę, albo śpię, albo siedzę w garach, a teraz jeszcze zajmuję się psiakiem. A propos psa – jeszcze nie mamy dla niej imienia, wiec konkurs dalej trwa, chociaż widzę, że marne nim zainteresowanie. W tej chwili mamy kilka pomysłów: Nike (nie Najki!!!), Vesta, Capri, Alfa, Delta, Melba i Bąbel upiera się przy Kropce…

BŁAGAM, POMÓZCIE Z TYM IMIENIEM!!!


Marko

I znowu Bąbla nie ma. Na szczęście tylko na weekend wywiało go do rodzinki, więc jutro już wraca. Ostatnio trochę pobalowaliśmy, więc może weekend przyda mi się na wyspanie się, obijanie i oglądanie tv. Wczoraj byliśmy na poprawinach ostatkowych. Gotowałem makaron z mulami a kolega soliankę. Nie wiem, czy dobrym pomysłem jest łączenie kuchni śródziemnomorskiej i rosyjskiej, ale obie potrawy były pyszne i był pretekst do napicia się wódeczki (do solianki) i winka (do muli).

Z niecierpliwością czekamy na nowego domownika. Na bieżąco jednak dostajemy zdjęcia psiaka:

cała rodzinka

Bąbel mnie zostawił… Siedzę sam, oglądam setny raz High School Musical i popijam nasze ulubione winko, które nie smakuje tak dobrze, jak piejemy je razem. Coś za coś. Bąbel pnie się w górę w swoim banku i musiał na tydzień wyjechać na szkolenie, zostawiając mnie samiutkiego na pastwę wszystkich pokus tego świata. Ciężko jest, bo to pierwsze nasze rozstanie na tak długo, ale na całe szczęście staramy się o potomka i za 3-4 tygodnie nasza rodzinka powiększy się o ślicznego, małego labradorka! W związku z tym, że nie wiemy jeszcze, jak nazwać nowego lokatora naszego stadła, proszę o pomoc w chrzcinach i wpisywanie swoich propozycji. W nagrodę, nadawca imienia, które wybierzemy, ostanie chrzestnym/chrzestną naszego małego baby, więc gra warta świeczki :)

Tyle z aktualności.

Co do Sylwestra, to było…  samotnie. W Mela Verde już nie było miejsc, więc zostaliśmy w domu. Do 22 siedzieliśmy sami, ale potem przyszła siostra i rozkręciła imprezę. Tańce były do 4 rano i zrobiło się całkiem przyjemnie. Rita dzięki! Siostra chyba znalazła sobie nowego faceta. Na razie jest nim zauroczona i może coś faktycznie z tego wyjdzie :)

Ja chyba sobie poszukam jakiegoś zajęcia. Firma zajmuje mi trochę mało czasu i swobodnie mógłbym jej prowadzenie pogodzić z jakimś dobrze płatnym (:P) etacikiem. Więc kto wie, może niebawem zacznę znowu pracować dla kogoś. Z tym super wynagrodzeniem trochę żartuję – bardziej zależy mi na tym, żeby mieć jakieś dodatkowe zajęcie, bo mam trochę dosyć  siedzenia w domu, a i może warto kogoś nowego poznać ;)

A propos nowych znajomości – mimo wielu przeciwników, za zajebisty pomysł uważam projekt nasza-klasa.pl. Dzięki niej odnalazłem wielu starych znajomych, byłą dziewczynę (już mężatą i dzieciatą) i pierwszą miłość facetowską. Ta facetowska pierwsza miłość mieszka niestety w USA i ma żonę :(

To tyle w telegraficznym skrócie, ale nie byłbym sobą, gdybym nie pochwalił się swoimi zdolnościami elektronicznymi :P Rozebrałem za części pierwsze swojego laptopa. Rozebrałem, to ch…, ale ja go jeszcze złożyłem :D To, że go złożyłem, to ch…, ale żadna część mi nie została (oprócz kilku śrubek)! To, że żadna część mi nie została, to ch…, ale na dodatek działa!!!!!!!! Sam byłem zaskoczony :) Kupiliśmy też laptopa dla Bąbla, bo przecież musi, jak to mówi, mieć na szkoleniu kontakt ze światem :) A że był w poświątecznej promocji w Saturnie, kupiliśmy za grosze zajebiście wypasiony komputer! Może wreszcie teraz sam zacznie pisać coś do, jak by nie było, NASZEGO bloga.

To na tyle, mam nadzieję, że teraz będę częściej pisał :*

Marko

No, teraz to już kompletnie nie mam co robić. Praca w zasadzie mi się skończyła, prezenty kupione, karpie wypatroszone, zakwas na barszcz ukiszony, uszka i pierogi polepione. Po weekendzie idziemy po choinkę. Zamrażarka pęka w szwach. Całe szczęście, że ciast piec nie muszę, bo ni chuja mi one nie wychodzą. Ale za to robię pyszne gofry :P Bąblowi zachciało się świeżutkich goferków, a nie znosi kupnych. Trzeba więc było lecieć do sklepu „Nie dla idiotów”, jako że idiotą się nie czuję i zakupić sprzęt odpowiedni do produkcji powyższych. Robie proszkowe lub drożdżowe, w zależności od tego, na jakie Pan Mąż ma aktualnie ochotę. Mi jeszcze nie dane się nimi delektować – ciotoska dieta przedsylwestrowa… (ale schudłem już 10 kg J)

Plany na Sylwestra się powoli klarują, na 99% będziemy witać Nowy Rok we włoskiej knajpie Mela Verde, czyli po naszemu – Zielone Jabłuszko (zapraszam na www.melaverde.pl oraz na zapowiadającą się wspaniale imprezkę). W zasadzie to miałem nadzieję, że w tym roku pojedziemy na narty, ale niestety nikt ze znajomych nie jeździ na nich, ale także trzeba trochę kasy oszczędzić na Indie, Turcję i wyposażenie mieszkanka…. Co do urządzenia mieszkania, mamy już kupiony… sedes. Jest piękny, nowoczesny, z wolnoopadającą deską. Cud-miód, jeśli tak można powiedzieć o czymś, co będzie żywiło się tym, czym my żywiliśmy się dużo wcześniej…


http://roca.pl/produkt-sidney-miska-wc-podwieszana/234/1/10
  – tu jest kibelek

http://roca.pl/produkt-sidney-deska-wolnoopadajaca/236/1/10
 - a tu deska kibelkowa.

No, to skoro wszyscy już wiedzą, gdzie będziemy srać, kończę i do zobaczonka!!!!

Marko

Jako skomercjalizowane ciotki, przygotowania do Świąt rozpoczęliśmy od zakupu prezentów. Wszystko już kupione, i chociaż w tym roku po nowoczesnemu, czyli via internet, nie ominęły nas przyjemności biegania po sklepach i podniecania się na widok choinek, bombek i różnych nowości elektronicznych. Mama dostanie sokowirówkę i nową komórkę, teściowa odkurzacz, szwagry aparat do pstrykania profesjonalnych fotek, Bąbel i siostra… oj się rozpędziłem… Oni zbyt często zaglądają na tego bloga, żebym mógł pisać co ona dostanie.
Tak więc święta pełną gębą. Mam nadzieję, że w tym roku uda nam się kupić równie piękną, wielką choinę co w zeszłym roku i niebawem poczujemy zapach lasu w naszym skromnym mieszkanku. Na szczęście następne Święta będą już pod własnym dachem :)

Bąbel, odkąd pracuje w banku bardzo się zmienił. Już nie chodzi zestresowany, jest radosny, pełen energii i …. niewyżyty seksualnie. Nie żebym narzekał, ale od prawie dwóch tygodni mam obolałą swoją najmniej szlachetną część ciała. Przyjemnie obolałą. Ale dzisiaj się zemszczę!!!

U mnie w pracy już powoli zaczyna się spokój, co miałem pozałatwiać – pozałatwiałem, chyba, że jeszcze na dwa tygodnie przed Świętami przypomni się komuś, że jeszcze nie mają jakiś gadżetów… ale taki urok… A po Nowym Roku zaczynamy z ofertami walentynkowymi :)

Nie wiem, czy pisałem, ale mam nienajlepszą wiadomość dla mieszkańców miasta stołecznego – od jakiegoś czasu chodzę na kurs na prawko, więc jak dobrze pójdzie niebawem dołączę do zacnego grona aktywnych użytkowników naszych dziurawych dróg miejskich. No, chyba, że zaczym zdam egzamin, to wszystkie drogi będą już poreperowane ;)

Muszę kończyć, Bąbel wrócił z kąpieli, teraz moja kolej, więc spadaaaaaammmmm

Padł mi zasilacz. 2 dni lataliśmy z Bąblem po całej Warszawie za odpowiednim urządzonkiem, który mógłby nakarmić baterię w lapku. Nigdzie nie było chętnego podzielić się swoimi voltami, ale dzisiaj go znalazłem !!! Upragniony, wytęskniony i niezbędny do dalszej pracy znalazł się niedaleko domu. Cóż – złośliwość rzeczy martwych…

Od wczoraj gościmy narzeczonego Rodzynkowego. Uwielbiamy z Bąblem ich obu, szkoda, że tak krótko, ale coś za coś. Mam nadzieję, że będziemy się częściej widywać. Bąbel robi karierę w banku :P oczywiście na plecach swojego szefa, a mojego braciszka (tylko bez skojarzeń!!!), ja pracuję od świtu do nocy, ale… już w lutym szykuje nam się miesięczny wyjazd do Indii. Luty lutym, ale na Sylwestra jak na razie totalna pustka i brak pomysłów. Może narty??? Tylko szkoda, że ani Bąbel, ani nasi potencjalni współtowarzysze (Czarki) nie jeżdżą na tym cudownym wynalazku. Mam nadzieję, że nie będę się musiał udzielać wszystkim swojej cudownej mocy nauczycielskiej i będę mógł sam trochę pośmigać. Oczywiście, jeśli do tego wyjazdu dojdzie…

A teraz dalej się biorę za projekt dla mojego… hmmm… „ukochanego” hmmm…. Klienta, bo na jutro mam przesłać gotowe materiały. A Bąbel śpi :)

Dawno nie pisałem, nie pisałem, bo nie miałem czasu. Idą święta, a święta to nasz najlepszy czas w pracy. Gadżety idą jak świeże bułeczki, już nie wyrabiam ze wszystkim a pracy przybywa.

Bąbel trzeci dzień w nowej pracy. Biega codziennie w garniturze – jest bankowcem :) Przyjdzie toto takie potem do domu, jeść zawoła i wczesnym wieczorem spać idzie, bo zmęczony :P. No może trochę przejaskrawiam, jest zadowolony z nowej pracy i z kaski, którą tam zarabia. Cieszy się, że już z klientami nie będzie miał kontaktu :) A ten wczesny wieczór to i tak po północku… Trzeba się jeszcze do sklepu wybrać, kilka koszul mu kupić, żeby ładnie się prezentował.

Ja siedzę nad zamówieniami, zleceniami i kociokwiku dostaję. Telefon dzwoni jak na centrali telefonicznej, skrzynka mailowa pęka w szwach, a ja nie mam nawet czasu ugotować. Dlatego też wczoraj byliśmy w Makro, większe zakupy zrobiliśmy i teraz cały weekend spędzę na garami, co by na zapas pogotować. Dziś pierogi z mięsem :)

Siostra autko kupuje. Długo już je kupuje, dziś miała je odebrać, ale jakoś facet sprzedający ma obsuwę i przesuwa termin na sobotę. Ciekawe co z tego wyjdzie, ale siostro, życzę POWODZENIA!!!

U nas trochę już czuć święta – gadżety, katalogi świąteczne… A dodam, że jeśli chodzi o święta, to jesteśmy tymi, z typu żywych choinek, świecidełek, dekorowania domu i całej tej szopki. Oczywiście prezenty, kolendy i łzy wzruszenia nas dopadają. Chyba nas skomercjalizowało…

Mam nadzieję, że w niedzielę obudzimy się w nowej Polsce. Tej lepszej. Dlatego zachęcam, pójdźcie na wybory! Starałem się na swoim blogu nigdy nie politykować, ale w niedzielę dokonamy wyboru między Wschodem, a Zachodem, między Polską demokratyczną a rydzykową, między władzą nowoczesną, prącą do przodu i zmieniającą kraj na lepsze, a władzą zakompleksioną, ośmieszającą nas na świecie, żyjącą przeszłością i manią prześladowczą. Nie dajmy się!

Zachęcam do poparcia tego człowieka:

de9dc68f1159f7a1.jpg
Znam go od kilku lat, świetny facet, pomocny, uczciwy i z pasją!

Mam nadzieję, że spotkamy się ponownie już w tej lepszej Polsce. Oby nie w Białorusi!!!

Marko

Dziś zapowiadane, aczkolwiek spóźnione fotki z wyjazdu. Niestety, wszystkich 700 nie będę wrzucał :)

33c98c92ba798141med.jpg
Na Placu Czerwonym (ja, moja siostra i Bąbel)

831b408a4571887d.jpg
Moja siostra

61d01c98264c6117.jpg
Bąbel z moją siostrą pod pomnikiem dziadka Lenina

321ef8cbdfcf7bb5.jpg
Po Pekinie na rowerkach…

6657a5e7146bcc0f.jpg
Po tej degustacji wzbogaciliśmy się o kilkanaście pudełak herbatki

c9d7bbec9605813amed.jpg
W drodze z Moskwy do Pekinu…

51193e3b0c89f2b3.jpg
Pod Zakazanym Miastem na Placu Tiananmen

0816f07ec6432ec0.jpg
4 pedały w Pekinie

140f07b0b56072b5med.jpg
w Zakazanym Mieście

0950f047c721858d.jpg
Bąbel i moja rodzona zacieśniają przyjaźń z Buddą

3b5caf1e6a63b63emed.jpg
Armia Terakotowa w Xi’an

34e29a376eef2d4bmed.jpg
Świątynia Nieba w Pekinie

ed49dcec04d4d080med.jpg
Piesek na planie pierwszym

979acb5fdfc90463med.jpg
To po kolczaste to najbardziej śmierdzący owoc świata. Śmierdzi jak gówno połączone ze stęchlizną, smakuje jak banan z posmakiem ananasowym

6d6cc3a5e2846aaa.jpg
Zarodek kurczaka z grila

dba4d78e3da0e809.jpg
Na Wielkim Murze

314153586db49f6cmed.jpg
W drodze do Louyang zajadam kacze łapki

2f8f1328b2d1e70c.jpg
Wielkia Pagoda Dzikiej Gęsi (Xi’an)

8126f05591b8969b.jpg
Tak dzieciaczki śpią w drodze do Xi’an

df23fce51d1d1a62med.jpg
Dziewczyn popisy w Klasztorze Shaolin

33d63011e23aeb8emed.jpg
W świątyni

c63e48b04b537504.jpg
ogród w Longmen

57415dea9b742eca.jpg
Wstążki z modlitwami

e1bdcbf342befa7c.jpg
Las Pagód w Louyang

996e9e9c5e9b9e21med.jpg
Moja siostra wkracza do akcji

6f39940ae83321acmed.jpg
Pokazy młodziutkich mnichów

ea2bdbaf40f624bbmed.jpg
Groty w Longmen

3a1c8f285178980c.jpg
Nasze menu

7703a7aed558734f.jpg
Drugi co do wielkości Budda na świecie

35303ad082eede0emed.jpg
Perła Orientu (wieża telewizyjna) na szanghajskim Bundzie

f0ec3b799d47b105med.jpg
Moja siostra i mój Pan Mąż czują się chyba zbyt swobodnie :P (Szanghaj)

50f1e1e2de7d5a32.jpg
W Szanghaju nie tylko mieszka się w wieżowcach…

49895f1893d22f04.jpg
Szanghajskie slumsy – cd

8f008f64bf8989bamed.jpg
najlepszy sposób przemieszczania się po mieście

633e8e3a9053a862med.jpg
Wioska Zhouzhuang (chińska Wenecja)

c74363927c9b4f0c.jpg
Pagoda w Zhouzhuang

522f30ccdeef0b0a.jpg
Najpiękniejsze ogrody w chińskim Hogzhou

4933093323468159.jpg
Hongzhou ciąg dalszy

790a7f8ceb5643e6med.jpg
i jeszcze raz Hongzhou

Na wielkie niestety już znowu w IV RP. Chiny nas w sobie rozkochały. Chińczycy również. Przesympatyczni, bardzo pomocni ludzie, angażujący się zawsze i wszędzie w pomoc drugiemu człowiekowi. Zderzenie super cywilizacji z zupełnym jej brakiem, najwyższych budynków świata z maleńkimi klitkami dla ludzi, poprzykrywanymi szmatami, bogatych z biednymi, zapachów zupy won-ton ze smrodem rozkładających się resztek. Państwo nie tylko Środka, ale także rowerów, skuterów, miliona herbat, pałeczek, tajemniczych hutongów. Tak nam się ten kraj kojarzy. I pewnie jeszcze długo będzie się kojarzył, bo takich wyjazdów się nie zapomina.

A teraz kilka konkretów:
Ceny – za 4-5 pln można zjeść wspaniały, dwudaniowy obiad
Język – konieczne rozmówki, mapy tylko z podwójnymi nazwami – po angielsku i chińsku
Kuchnia – pyszna, w każdym regionie inna, lepiej jednak nie wnikać co się je
Pałeczki – wbrew pozorom bardzo łatwe w obsłudze.
Pociągi – zaskakująco przyzwoite, dużo lepsze niż europejskie PKP
Klimat – na północy bardzo ciepło i sucho, na południu gorąco i parno
Pamiątki – na każdym kroku, za grosze
Największe zaskoczenie – małe breloki z pływającymi, żywymi rybkami

I na skróty:

W Xi’an, mieście otoczonym wielkimi murami, znajdują się wspaniałe zabytki. Wieża Bębnów, pagody Wielkiej i Małej Dzikiej Gęsi, w okolicy Armia Terakotowa. Co do Armii, zdania są podzielona. Jednych zachwyca, inni są rozczarowani. My należymy do tych pierwszych. Tysiące glinianych żołnierzy, naturalnego wzrostu robi wrażenie…

Louyang – miasto mało ciekawe, ale za to w odległości ok. 30 km same perełki – cudne klasztory, pełne klimatu i ducha maoistycznego. Najpiękniejszy, Klasztor Shaolin – wielki kompleks, z licznymi świątyniami, pagodami i mnichami. Najciekawszy jest Las Pagód – na niewielkim obszarze umieszczono kilkaset niewielkich, ale prześlicznych pagód. Ogromne wrażenie robią również pokazy kung-fu i akrobacji. Adepci, a właściwie kandydacie na mnichów robią rzeczy sprzeczne z prawami fizyki oraz sprzeczne z budową anatomiczną człowieka.
W innym kierunku od Louyang, ok. 15 km od miasta, w Longmen znajdują się fantastyczne groty. Na długości ok. 2 km, w pionowej skale wysokości kilkunastu metrów, wyrzeźbiono tysiące grot, a w każdej z nich posąg Buddy. Posągi od kiku cm do kilku metrów wysokości robią wrażenie.

Szanghaj – siostrze się nie podobał, ja i Bąbel zachwyceni. Najlepiej wygląda w nocy, kiedy każdy wieżowiec żyje. Świetlne, animowane reklamy z neonów na prawie każdym budynku, Prawie 450 metrowa wieża – Perła Orientu, świecąca w różnych kolorach… Kicz? Na pewno tak. Prawie jak amerykański. Jednak wszystko do siebie pasuje, stwarza swoisty klimat, zupełnie nie chiński…
W Szanghaju nie obyło się bez paniki. Okolice Szanghaju nawiedził największy od 10 lat tajfun. Ewakuowano ponad 2 miliony mieszkańców, wiele obszarów zostało zalanych. Jednak ta panika nie była w Szanghaju, a w Warszawie. Panikowała nasza mama, która o kataklizmie dowiedziała się z telewizji. U nas faktycznie, były w hotelu ostrzeżenia o tajfunie, ale tak naprawdę, w centrum tylko popadało. Cały dzień łaziliśmy na zakupach i najgorsze, co nas spotkało, to przemoczenie do suchej nitki :)

Z Szanghaju mieliśmy 2 wypady – Hangzuo, miejscowość uznawana za najpiękniejszą w Chinach. Niestety, ale pogoda nam nie dopisała. Przez połowę czasu padał deszcz, nie był duży, ale upierdliwy. Na szczęście nie przysłonił nam przepięknych ogrodów, olbrzymich połaci jeziora pokrytych przez lotosy, palm bananowych i starych, fantastycznych pagód.

Drugą, co do urody miejscowością w Chinach jest Zhouzhuang, czyli tzw. Chińska Wenecja. Miasteczko bardzo ładne, faktycznie mnóstwo kanałów, ale chyba zbyt czyste i „kurortowe”. Zobaczyć warto, ale dłużej niż kilka godzin nie ma po co zostawać.

I po 3 tygodniach wrażeń nastał czas powrotu. Powrotu, który trwał 40 godzin. Najpierw najszybszym pociągiem świata (ponad 430 km/h) dojechaliśmy na lotnisko w Szanghaju. Sporo lotnisk na świecie widziałem, ale to, zrobiło na mnie największe wrażanie. To nie było jak lotnisko europejskie czy amerykańskie. To lotnisko było światowe. Na samolot do Pekinu czekaliśmy 6 godzin. Poszliśmy coś zjeść, połaziliśmy bez celu, a gdy dopadła nas nuda graliśmy w karty. Wreszcie nas samolot. 2,5 godzinki lotu i jesteśmy w Pekinie. My jesteśmy, ale naszych bagaży nie… Wreszcie okazało się, że nasze plecaki są w drugim terminalu :) Jeszcze tylko 12 godzin do odlotu do Moskwy. Ok. 6 godzin przesypiamy na ławkach, potem czas jakoś leci. Wymęczeni wsiadamy do upragnionego samolotu. Prawie 9 godzin i jesteśmy w Europie. Lotnisko Szermietowo, chyba jakiś swoisty pomnik komunizmu, wita nas tłumem ludzi czekającym do odprawy. Ludzi z kilku samolotów, a okienek chyba 3! Rezygnujemy z odprawy i idziemy bezpośrednio do tranzytu. Na gadce z nieznajomymi upływa nam kolejne 6 godzin i wsiadamy do lotowskiego samolotu, który zawiezie nas do Warszawy. Na pokładzie polska obsługa, polskie gazety, polskie jedzenie. Komisyjnie przestawiamy zegarki na czas polski. Mój Rolex (kupiony w Pekinie za jakieś 8 pln) wskazuje 22:30. Lądujemy, odbieramy bagaże i …. Zaproszenie od celników… Na szczęście nie przyczepili się, że tam jedna flaszeczka za dużo się znalazła i możemy już iść na powitanie z mamą.

Co do bagażu, to co samolot to mieliśmy stracha. Jako bagaż główny, mieliśmy kulturalnie po plecaku nie przekraczającym 20 kg. Natomiast pamiątki musieliśmy zmieścić w: 2 plecaczkach małych, dwóch wielkich torbach (takich, jak ruskie na stadionie mają) i dosyć sporej torbie podróżnej. Jak nas z tym wpuścili do 3 po kolei samolotów, nie mam pojęcia. Grunt, że D O L E C I E L I Ś M Y!!!

Ale, żeby nie było tak słodko, po powrocie kilka niemiłych niespodzianek.
Rodzynek ciężko chory, nie wiadomo, czy nie wyląduje w szpitalu. Dodatkowo coś z nim się dogadać nie można, mam wrażanie, że jakaś depresja go dopadła, nawet o chorobie nie chce za wiele mówić. Nie naciskam, może sam powie coś więcej, jak się spotkamy. Szkoda chłopaka, jest świetnym gościem, ale nikogo oprócz nas nie ma. Nawet na dobre słowo od swojego byłego liczyć nie może… Ach te męsko-męskie rozwody…

Druga sprawa, to ta, że muszę na gwałt szukać biura. Z tego, które wynajmowaliśmy w TBS Bemowo, zostaliśmy wyeksmitowani. Powodem jest to, że Bemowo połączyło się z Bielanami i potrzebują miejsca dla swoich ludzi. Szkoda tylko, że rozwiązanie umowy najmu zostało przeprowadzone niezgodnie z jej warunkami. Rozważam złożenie sprawy do sądu…

Ale na koniec coś weselszego. Dzisiaj stukają mi 29 urodzinki. Ostatni rok będę dwudziesto-kilku latkiem i zamierzam to hucznie świętować. Sporo znajomych zaprosiłem na chińszczyznę :)

Ale się dzisiaj rozpisałem, mam nadzieję, że komuś się spodoba. Zdjęcia może jutro powrzucam.

Marko

Oj ciezkie jest podrozowanie po Chinach.Jazdy zaczynaja sie podczas kupowaia biletu.Jak do tej pory spotkalismy moze 5 osob,ktore jako tako mowia po angielsku. Normalnie nie rozumieja nawet Coca-cola… Ale jest pieknie. Mur Chinski robi niesamowite wrazenie, ma natomiast jedna wade… bardzo dluuuuugie i strooome schody.
Po Pekinie poruszalismy sie caly czas na rowerach,a jako,ze ruch jest prawostronny tylko teoretycznie, juz drugiego dnia wjechal mi pod kola facet z przyczepka. Tlum gapiow, pogiete kolo(nie moje) i ktos zadzwonil po policje. Na cale szczescie stalo sie to pod szkola jezykow obcych, wiec jakac nauczycielka angielskiego nam pomogla. Policja przyjechala na 3 motorach, 6 gliniarzy. Myslalem, ze reszte wyjazdu spedze w jakies 100 osobowej celi, ale oni nie zamienili ze mna ani jednego slowa. To tamten jechal pod prad, wiec mojej winy nie bylo. Ufff pojechalismy dalej, do Palacu Letniego nad pieknym jeziorem.

Teraz jestesmy w Xi’an i wybieramy si do Armii Terrakotowej. Wszedzie to jest pieknie, kolorowo, egzotycznie, glosno i… smierdzaco. Zarelko jest na kazdym kroku, wszedzie co innego i wszystko prawie za darmo. Z oryginalniejszych potraw, ktore jadlem do tej pory to:

-pies
-szaszlyk z czegos dziwnego
-cos jeszcze dziwniejszego
-dla odmiany cos dziwnego, ale nie na ostro
-100 letnie jajko
-slodycze, ktore sa tu obrzydliwe i w niczym nie przypominaja slodyczy
-kacze lapki
-kociolek mongolski – pyyyycha!!!!

Lece budzic dzieci i jedziemy dalej

Marko


  • RSS