Jako, że na tej nowej drodze życia jesteśmy już prawie 2 miesiące, napisuję, co następuje:

Początek zamieszkiwania pod własną strzechą nie był za ciekawy – 4 dni bez kibla, tydzień bez wanny. Ale nic to, jako, że Tesco niedaleko, do kibelka można było zawsze skoczyć. Gorzej z wanną, ale dla lubiących swojskie klimaty może to być nawet atrakcją :P
Na dzień przed Wigilią obszczymurki od parkietu skończyli układać podłogi. Obszczymurki, bo chcieli okantować nas dwa razy – raz na ponad 2000 polskich złociszy a, że im nie wyszło, próbowali jeszcze drugi raz, na cztery stówki. 2:0 dla nas, myśleli, że ja matematyki nie lubiłem, czy co…??? J.

Wigilia, jak wigilia. Pojadłszy, popiwszy (oczywiście bezalkoholowo, winka nie liczę) dochodziliśmy do siebie po obżarstwie. I zaczęło się, przygotowania do parapetówkowo-sylwestrowej dewastacji dziewiczego mieszkanka. Nie do końca wiem jak to się stało, ale Nowy Rok witało z nami ok. 20 osób. Ofiar w ludziach nie było, ściany stoją dalej, ale wkurwiłem się nieco, jak rano zobaczyłem porysowaną całą podłogę w salonie… Niestety, mimo, ze bambus jest super twardy, deptania po tłuczonym szkle nie zniósł. Na całe szczęście zakupiliśmy taki preparat, dzięki któremu podłoga wygląda jak nowa, bez lakierowania, cyklinowania i innych upierdliwych bzdur.Bąbel w Sylwestra narąbał się jak…. Nie wiem jak, w każdym bądź razie parę minut przed północą zaczął ryczeć, bo złapał doła, później na bosaka, w krótkim rękawku zaczął biegać po osiedlu, a ja za nim, żeby, chociaż kapcie założył…

Z postanowień noworocznych gówno wyszło… Już straciłem wenę do odchudzania, na siłownię nas nie stać (ponad 6000 pln rocznie za łebka), do mojego pierwszego miliona daleko, Mały pracy dalej nie ma a ja mam w dupie wielkiego lenia.
 Co pocieszające, to mam nadzieję, że w tym tygodniu skończą u nas remont. Zostanie jeszcze trochę bzdetów (szyby nad blatami w kuchni, lustra w łazience, blaty kuchenne granitowe i jakieś pomniejsze gadżety) 

Marko